- Słucham..? - Niemrawe pytanie połączone było z niezrozumieniem tego, co Astaroth do niego powiedział. Ze spojrzeniem, które mu posłał - teraz mógł. Kiedy Astaroth trochę rozluźnił ramiona, kiedy Laurent przytrzymywał się o jego ramiona. Przestrzeń między nimi nie mogła sprawić, że zrobi się cieplej, ale nie robiło się też zimniej. Zimno fizyczne nie doganiało zimna psychicznego. Ta bliskość miała komfort bardziej wartościowy. Sięgało uczuć wyższych, puchem osiadało na głowie. - Nie. Ale chcieli. - Załapał z opóźnieniem, dopiero kiedy skupił się na jego tonie i zobaczył jego minę. To był jak flashback - poprzednie spotkanie, jakże słodziutkie, pełne żartu i lekkości, które potem bardzo szybko przeobraziło się w coś... coś bardzo nieprzyjemnego. Dla obu stron. Jak wszystko wokół Astarotha, prawda? Jak wszystko wokół Laurenta. Z tą myślą spróbował odpowiedzieć na żart, by nie zrobiło się dziwnie, nawet spróbował się uśmiechnąć. Było do kogo - przecież Astaroth miał twarz księcia z bajek, w których szepczą o upadłym królestwie rządzonym przez upadłego władcę. Wkraczasz więc do jego świata, żeby się przekonać, że to człowiek jak każdy inny - przeklęty, ale bardzie nawet zagubiony niż ci, którzy go porzucili.
- Goście w mojej sypialni zazwyczaj są mokrzy. - Ostrożnie odsunął się od mężczyzny, zrywając z nim kontakt wzrokowy, spoglądając na tę podłogę. Tak, śmierdział jeziorem. Obaj nim śmierdzieli, obaj syfili tę podłogę. To, co powiedział, też miało być niby żartem, ale brakowało temu odpowiedniego tonu, jakiegokolwiek uśmiechu przy tej martwicy emocji. Wewnętrznego wstrząśnięcia rzeczami widzianymi. I tak, to, co powiedział, było żartem świńskim, krytycznym z jego strony, krytycznym i szyderczym wobec siebie samego, swoich przyzwyczajeń. Stać go teraz na to było. Może tylko na to. - Nie. - Nie czuł się dobrze i nie zamierzał teraz ściemniać, że było inaczej. Serce nieprzyjemnie mocno mu uderzało o żebra. Za to pokiwał twierdząco głową, że da radę ustać. I rzeczywiście puścił Astarotha, a sam w końcu oderwał od siebie ręce i ostrożnie przewiesił białą skórę o poręcz łóżka. Miał nogi jak z waty, ale stać mógł. Stać i moczyć dalej podłogę. Podłogę, z której Astaroth powinien zniknąć, a on mógł przecież udać się do domu, poszukać siostry, odwiedzić kuzynów Bulstrode - tak wiele drzwi do zapukania. Każdy o niego zmartwiony! A zamiast tego on... - Chcesz się wykąpać? - Zadał to pytanie. Nie chciał do nikogo iść. I nie chciał do końca zostawać teraz sam. Szczególnie, że Astaroth już tu był, niby jak mówił zimno mu nie było, ale... tak, śmierdział. Jeziorem.
- Czyżby? - Brzydki uśmiech pojawił się na jego twarzy. Przynajmniej nawiązał kontakt wzrokowy z Yaxleyem. Brzydki, bo szyderczy, kpiący, kiedy zadał to pytanie na stwierdzenie, że "niżej niż ja nie upadniesz". - Skąd ty możesz wiedzieć, jak nisko mogę upaść. - Ludzie oceniali pryzmat pozorów - i to było dobre. Laurent przecież chciał ten pozór tworzyć, być tak odbierany..! Chciał. Chyba chciał. Chciał kiedyś. - Chodź... - Złapał go za dłoń i wyprowadził z sypialni. I poprowadził go do łazienki. Bajecznej, wyłożonej marmurem, z piękną, dużą wanną, w której dwie osoby miały dla siebie aż nadto przestrzeni. Puścił go po drodze po to, żeby zacząć rozpinać swoją koszulę. A Migotek rzeczywiście się pojawił na wezwanie. - Przygotuj gorącą kąpiel i podaj nam herbatę. Z sokiem z jeżyn. Przygotuj dla pana Yaxleya jakieś świeże ubranie. - Polecił skrzatowi nawet nie czekając na to, o co Astaroth chciał go poprosić. Skrzat się skłonił.