27.07.2024, 18:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.07.2024, 21:10 przez Alexander Mulciber.)
Jestem z Lorien, “Robertem”, Sophie i podchodzi do nas kelner Matthias.
Wypuścił z palców wisiorek w tym samym momencie, w którym Lorien zasugerowała mu, że powinien przed nią klęknąć, obojętnie, bez słowa, gestem wyrażającym absolutny brak zainteresowania świecidełkiem.
Nie przerwał kontaktu wzrokowego z kobietą choćby na chwilę.
Pozwolił wybrzmieć jej słowom: smakował je powoli na języku, pozwolił im unieść się ponad stołem, jak smużastemu dymowi ulatującemu z papierosa, to zawsze była gra, tylko pieprzona gra, uspokoił się, wiedząc, że Lorien uderzyła w retaliatacji za jego własny cios, który był – musiał to przyznać – poniżej pasa.
Ukłoń się jeszcze niżej Mulciber.
– W twoich snach.
Był jak pies, przy którym ktoś rzucił słowo, którego nie lubił. Łagodny, niemalże przyjacielski ton i delikatny uśmiech w wydaniu Alexa były bardziej przerażające niż grymas niechęci, może dlatego, że tak rzadko gościły w jego twarzy i w głosie mężczyzny. Lorien znała go aż za dobrze. Znała też Ambrosię. Czy nie widać było, że tamta była jedyną – jedyną przed którą klękał? W świetle plotek, które wiatr rozwiał po wydarzeniach na Windermere, Alexander nie chciał by imię kobiety, którą kochał, padało w tym towarzystwie.
Zmarszczył brwi, patrząc na córkę Roberta – Sophie, poprawił się, ona ma na imię Sophie – obwieszoną ciężką biżuterią Lorien, która nie dość, że nie pasowała do jej kreacji, zdawała się dodatkowo przytłaczać dziewczynkę, wystarczająco już sprawiającą wrażenie nieśmiałej. Patrzył jak dziecko prostuje plecy, prężąc się dumie pod wzrokiem ojca, jak zapina misterną kolię na szyi – zmarszczył lekko brwi, obserwując tę poronioną metamorfozę, kątem oka zerkając na twarze Lorien i Roberta – czy oni robią to celowo, zaczął się zastanawiać wbrew sobie, czy naprawdę myślą, że jak ustroją ją w parę błyskotek, to magicznie nabierze ogłady…? Pomyślał o tym, jak często sam kpił z takich dziewcząt, jak zwodził naiwne, wysoko urodzone panny wychowane pod kloszem, niektóre z nich do cna zepsute – Loretta, przymknął na chwilę oczy, przerażony własną nienawiścią – niektóre do bólu wręcz niewinne, wszystkie zaś udawały przy nim kogoś, kim nie były, nie wiedząc, że potrafi od niechcenia przeczytać ich myśli.
Dziewczynki udające dorosłe kobiety.
Poczuł dziwny dyskomfort w piersi. Sophie wyglądała jak porzucona laleczka, z którą nikt nie chciał się bawić. Nawet rodzice wydawali się ją ignorować, do czego niechcący sam się przyczynił. Zrobiło mu się jej, po prostu, kurwa, żal.
Zignorował Roberta. Przynajmniej na razie.
– Sophie – zwrócił się do młodej pannicy, nagle ignorując kuzyna. Sophie, tak, nie zapomnij, że ona ma na imię Sophie. – Lubisz podróże? Chciałabyś gdzieś pojechać? Do Francji, czy gdzieś indziej?
Poczuł się jak jebany starzec, jak własny ojciec u progu śmierci, któremu obcy jest język młodych dziewczynek. Zaciągnął się papierosem, jego papierośnica dalej leżała na stole, czekając na decyzję dziewczyny.
– Wódka z… – rzucił w stronę kelnera – a przynajmniej tak mu się zdawało – ale kelner z uniżoną grzecznością zwrócił się w stronę Roberta i Lorien, zapraszając młodą kuzynkę do innego stolika.
Pierwszy raz typa na oczy widział.
– A kim ty w ogóle jesteś? – spytał krótko Alexander, obrzucając młodzieńca niechętnym spojrzeniem. Przeraźliwe ślepia jasnowidza przesunęły się po twarzy nieznajomego chłopaka z typową dla Mulcibera niechęcią.
na intencje gówniarza
Wypuścił z palców wisiorek w tym samym momencie, w którym Lorien zasugerowała mu, że powinien przed nią klęknąć, obojętnie, bez słowa, gestem wyrażającym absolutny brak zainteresowania świecidełkiem.
Nie przerwał kontaktu wzrokowego z kobietą choćby na chwilę.
Pozwolił wybrzmieć jej słowom: smakował je powoli na języku, pozwolił im unieść się ponad stołem, jak smużastemu dymowi ulatującemu z papierosa, to zawsze była gra, tylko pieprzona gra, uspokoił się, wiedząc, że Lorien uderzyła w retaliatacji za jego własny cios, który był – musiał to przyznać – poniżej pasa.
Ukłoń się jeszcze niżej Mulciber.
– W twoich snach.
Był jak pies, przy którym ktoś rzucił słowo, którego nie lubił. Łagodny, niemalże przyjacielski ton i delikatny uśmiech w wydaniu Alexa były bardziej przerażające niż grymas niechęci, może dlatego, że tak rzadko gościły w jego twarzy i w głosie mężczyzny. Lorien znała go aż za dobrze. Znała też Ambrosię. Czy nie widać było, że tamta była jedyną – jedyną przed którą klękał? W świetle plotek, które wiatr rozwiał po wydarzeniach na Windermere, Alexander nie chciał by imię kobiety, którą kochał, padało w tym towarzystwie.
Zmarszczył brwi, patrząc na córkę Roberta – Sophie, poprawił się, ona ma na imię Sophie – obwieszoną ciężką biżuterią Lorien, która nie dość, że nie pasowała do jej kreacji, zdawała się dodatkowo przytłaczać dziewczynkę, wystarczająco już sprawiającą wrażenie nieśmiałej. Patrzył jak dziecko prostuje plecy, prężąc się dumie pod wzrokiem ojca, jak zapina misterną kolię na szyi – zmarszczył lekko brwi, obserwując tę poronioną metamorfozę, kątem oka zerkając na twarze Lorien i Roberta – czy oni robią to celowo, zaczął się zastanawiać wbrew sobie, czy naprawdę myślą, że jak ustroją ją w parę błyskotek, to magicznie nabierze ogłady…? Pomyślał o tym, jak często sam kpił z takich dziewcząt, jak zwodził naiwne, wysoko urodzone panny wychowane pod kloszem, niektóre z nich do cna zepsute – Loretta, przymknął na chwilę oczy, przerażony własną nienawiścią – niektóre do bólu wręcz niewinne, wszystkie zaś udawały przy nim kogoś, kim nie były, nie wiedząc, że potrafi od niechcenia przeczytać ich myśli.
Dziewczynki udające dorosłe kobiety.
Poczuł dziwny dyskomfort w piersi. Sophie wyglądała jak porzucona laleczka, z którą nikt nie chciał się bawić. Nawet rodzice wydawali się ją ignorować, do czego niechcący sam się przyczynił. Zrobiło mu się jej, po prostu, kurwa, żal.
Zignorował Roberta. Przynajmniej na razie.
– Sophie – zwrócił się do młodej pannicy, nagle ignorując kuzyna. Sophie, tak, nie zapomnij, że ona ma na imię Sophie. – Lubisz podróże? Chciałabyś gdzieś pojechać? Do Francji, czy gdzieś indziej?
Poczuł się jak jebany starzec, jak własny ojciec u progu śmierci, któremu obcy jest język młodych dziewczynek. Zaciągnął się papierosem, jego papierośnica dalej leżała na stole, czekając na decyzję dziewczyny.
– Wódka z… – rzucił w stronę kelnera – a przynajmniej tak mu się zdawało – ale kelner z uniżoną grzecznością zwrócił się w stronę Roberta i Lorien, zapraszając młodą kuzynkę do innego stolika.
Pierwszy raz typa na oczy widział.
– A kim ty w ogóle jesteś? – spytał krótko Alexander, obrzucając młodzieńca niechętnym spojrzeniem. Przeraźliwe ślepia jasnowidza przesunęły się po twarzy nieznajomego chłopaka z typową dla Mulcibera niechęcią.
na intencje gówniarza
Rzut PO 1d100 - 65
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 96
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat