Społeczeństwo by go odepchnęło - Astarotha. Odepchnęłoby go za pokazane kły, zamknęło w ramach bestii, zwierzęcia, które powinni uśpić. Jego wyrok podpisaliby śmiałymi słowami o wciskaniu mężczyzny w sukienkę, a potem zakrzyknęli o haniebne zachowanie niegodne nazwiska Yaxley. Łowca bestii, który stał się bestią. Ta tragedia była napisana samą sobą - smutny los, który sprawiał, że Laurent zastanowił się ilu Yaxleyów upadło z rąk istot, które należało upolować..? Pozbyć się ich dla bezpieczeństwa, albo z jakiegokolwiek innego powodu. Dlatego, że pożarł ich wampir, a ci potem nie byli w stanie trwać. Woleli ujrzeć promienie słoneczne, które całkowicie ich strawią.
- Wiem. - Wiedział nawet wiele więcej - jak dobrać kolor, by zdawać się bardziej stanowczym, albo jaką koszulę założyć, żeby wydać się bardziej uległym stworzeniem. Wiedział, jaką założyć biżuterię, żeby nie rzucała się w oczy i wiedział, jaką dobrać, kiedy chciał wzbudzić podziw. Wiedział wiele rzeczy. To wszak było ułożenie włosów, dobór kolorów, specyfika ubrania. Wiedział też, że Astaroth dobrze mówił - to byłoby degeneractwo. - Ale ja pytam, czy dla ciebie to degeneracja. - Sposób, w jaki o tym mówił wcale nie był zły i straszny. Był ręcz... miły. Tak źle nacechowane słowo używał w sposób, jakby było komplementem. Być może tylko dopisywał sobie taką rzeczywistość w swojej głowie.
Oczy powędrowały pierwsze po ramionach i klatce piersiowej Astarotha, a za oczami wolna wędrówka dłoni. Badanie palców. Przesunięcie ich po bliznach, które były rycinami na mapie jego skóry. Ta mapa życia miała swój koniec wędrówki tam - przy szyi. Na ostatniej z blizn, która bolała najbardziej. To jedna z tych ran, co mogły się nigdy nie zabliźnić. To było obnażenie się przed drugim człowiekiem, pozwolenie mu na udostępnienie swojego ciała i zobaczenia czegoś więcej, niż pozwalałeś widzieć innym.
- Nie mam braci. Mam starszą siostrę. - Która dziedziczy nazwisko, majątek... wszystko. Dziedzic. Niby ostatnio jej mówił, że wszystko w porządku, że tak jest, mieli pogadankę od serca, co trochę poprawiała niepokój ducha. Ale to tam zawsze będzie - jakaś mała zazdrość. Nawet kiedy myślał, że miał szczęście, że ta odpowiedzialność go ominie. Nie zanotował niepoprawności tego pytania. - Niestety żona mojego ojca nie może mieć więcej dzieci. - Nie powinien tego mówić. Zdecydowanie nie powinien, ale uzmysłowił sobie to właściwie w trakcie wypowiadania zdania. Trudno, stało się. Mleko zostało rozlane a on nawet nie potrafił żałować. Nie w tym stanie. - Opowiesz mi o nich? - O tych braciach. Cokolwiek, byle nie myśleć o... ale dało się w zasadzie nie myśleć o Windermere?
Uśmiechnął się trochę weselej widząc ten pośpiech, słysząc te słowa. Właściwie to tak - śpieszyło mu się do tej kąpieli. Głównie dlatego, że w niej było CIEPŁO. A tutaj było lodowato. Więc sam przyśpieszył swoje ruchy, odpiął pasek, zsunął buty i całą resztę odzienia, podziwiając ten pokaz napiętych łydek i pośladków, kiedy Astaroth pospieszył do wanny. Nawet prawie się zaśmiał - prawie. Przyłożył palce do ust i przymknął na chwilkę oczy. Poszedł zaraz za nim - ale zdecydowanie nie biegiem. Trzęsąc się z zimna i ważąc każdy krok. A kiedy zauważył wzrok Astarotha to nawet się zatrzymał i powoli obrócił. Blizny. Nawet ciało Laurenta je miało. A na plecach, na wysokości bioder, miał tatuaż z symboliką skrzypiec. Pokazywał się, oczywiście, że tak. Ale w końcu potrzeba wygrzania się zwyciężyła. Aż westchnął z ulgi, a na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi przemieszanej z bólem. Przesunął się w kierunku Astarotha i wyciągnął do niego rękę, żeby dotknąć jego kolana.
- Nie. Ale obawiam się, że tym razem może być inaczej... czy twoja skóra się ogrzewa? - Dotknął go, bo był tego ciekaw. Czy cokolwiek było w stanie ją ogrzać. - Czujesz to ciepło? Jest przyjemne? - Laurent doceniał piękno i je kochał - a Astaroth byył bardzo niezwykłym pięknem w całej swojej okazałości.