28.07.2024, 13:25 ✶
- Mówiłem ci, że to strata czasu. Nic nowego mi nie powiesz.
Nie miał pojęcia, jak nazwisko mogło wpłynąć na Millie. Zresztą, wuj Alexander był tylko daleką personą, o której słyszał, którą kojarzył z dziecięcych wspomnień, ale której teraz nie rozpoznałby, choćby mężczyzna stanął przed nim w pełnej krasie. Był pewien, że wkrótce wujaszka spotka.
Utrzymał spojrzenie dziewczęcia, kiedy ta zwracała się do kart, a kiedy dała mu nieco więcej wolności, ciężko przekręcił się na bok, zwracając ubrudzone trawą i błotem plecy ku Millie, ku kartom i klifowi. Nie zamierzał uciekać, ale też nie chciał patrzeć na wróżbę, w której i tak nie miał znaleźć pomocy. Choćby chciała trzymać z nim kontakt czubkiem buta, nie przeszkadzało mu to. Nic już mu nie przeszkadzało, bo miał przecież umrzeć. Dzisiaj, 31 sierpnia? To było bez znaczenia.
- Mhm. - Mruknął, słysząc pierwszą część wróżby. - Nie potrafiłaś stwierdzić tego bez kart? - Dodał kąśliwie i westchnął, lecz nie dało to upustu bólowi, jaki rozdzierał jego duszę. - Karty nie powiedzą mi nic nowego. Nie muszą mi czytać przeszłości, żebym to wiedział. I się mylą, bo król pałek, znaczy, mój tata, wie najlepiej, co jest dla mnie dobre. - Zaprzeczył. Bo czy nie tak było? Richard od zawsze był wzorem, ale też przewodnikiem i Charles teraz nie zamierzał zmieniać na to spojrzenia. Było mu tylko przykro za to, co ojciec będzie czuł, gdy straci młodszego syna. Ale czy wkrótce nie zobaczy, że tak jest lepiej? Bez ciężaru, bez problemu, który Charles zawsze stwarzał, odkąd był srającym w pieluchę dzieckiem?
Mulciber żałośnie pociągnął nosem.
- Jedyny sposób, w jaki świat może zadecydować za mnie, to... to mocniejszy podmuch, który jednak zrzuci mnie z tego klifu już dzisiaj. - Marudził, podkulając nogi bliżej klatki piersiowej. - Powiedz, co się stanie z moją rodziną, gdy już umrę? Karty to widzą?
Nie miał pojęcia, jak nazwisko mogło wpłynąć na Millie. Zresztą, wuj Alexander był tylko daleką personą, o której słyszał, którą kojarzył z dziecięcych wspomnień, ale której teraz nie rozpoznałby, choćby mężczyzna stanął przed nim w pełnej krasie. Był pewien, że wkrótce wujaszka spotka.
Utrzymał spojrzenie dziewczęcia, kiedy ta zwracała się do kart, a kiedy dała mu nieco więcej wolności, ciężko przekręcił się na bok, zwracając ubrudzone trawą i błotem plecy ku Millie, ku kartom i klifowi. Nie zamierzał uciekać, ale też nie chciał patrzeć na wróżbę, w której i tak nie miał znaleźć pomocy. Choćby chciała trzymać z nim kontakt czubkiem buta, nie przeszkadzało mu to. Nic już mu nie przeszkadzało, bo miał przecież umrzeć. Dzisiaj, 31 sierpnia? To było bez znaczenia.
- Mhm. - Mruknął, słysząc pierwszą część wróżby. - Nie potrafiłaś stwierdzić tego bez kart? - Dodał kąśliwie i westchnął, lecz nie dało to upustu bólowi, jaki rozdzierał jego duszę. - Karty nie powiedzą mi nic nowego. Nie muszą mi czytać przeszłości, żebym to wiedział. I się mylą, bo król pałek, znaczy, mój tata, wie najlepiej, co jest dla mnie dobre. - Zaprzeczył. Bo czy nie tak było? Richard od zawsze był wzorem, ale też przewodnikiem i Charles teraz nie zamierzał zmieniać na to spojrzenia. Było mu tylko przykro za to, co ojciec będzie czuł, gdy straci młodszego syna. Ale czy wkrótce nie zobaczy, że tak jest lepiej? Bez ciężaru, bez problemu, który Charles zawsze stwarzał, odkąd był srającym w pieluchę dzieckiem?
Mulciber żałośnie pociągnął nosem.
- Jedyny sposób, w jaki świat może zadecydować za mnie, to... to mocniejszy podmuch, który jednak zrzuci mnie z tego klifu już dzisiaj. - Marudził, podkulając nogi bliżej klatki piersiowej. - Powiedz, co się stanie z moją rodziną, gdy już umrę? Karty to widzą?