28.07.2024, 15:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2024, 15:26 przez Brenna Longbottom.)
– Nie sądzę, by się im chwalił – powiedziała Brenna, uśmiechając się lekko. Nie była już małą dziewczynką i doskonale wiedziała, że podejście wuja do pewnych spraw jest bardzo różne niż jego rodzeństwa, z których wszyscy byli w długoletnich związkach – a Derwin po stracie żony nie związał się już z nikim. Nie znała szczegółów, nie próbowała w nie wnikać, bo jedną z podstaw życia w tak dużej grupie było trzymanie się kilku istotnych zasad, ale zarazem nie wtykanie za głęboko nosa w cudze sprawy. Wątpiła jednak, by wujek chętnie opowiadał o sekrecie swojej matki, dziedzictwie, jakie od niej otrzymał, osobom, z którymi spędzał parę nocy.
– Jestem taka… nudna i przewidywalna – roześmiała się, gdy wspomniał, że nie jest zaskoczony. W gruncie rzeczy pod pewnymi względami faktycznie była bardzo przewidywalna. Ruchliwa, energiczna, mknąca do przodu, ale większość jej działań dało się bardzo łatwo prognozować, i to nawet bez niezwykłej umiejętności wuja Morpheusa. – Dobrze – skwitowała, już z większą powagą, uśmiech powoli się rozpłynął, kąciki ust opadły. Nie chciała, by ktokolwiek robił coś takiego dla niej. By narażano życie z obawy przed tym, że inaczej ona, niepilnowana, zrobi coś głupiego. Nie chciała być powodem, dla którego pewnie złamią prawo i być może ucierpią. Przynajmniej tu i teraz. Jej skrupuły miały rozmywać się z czasem, znikać jak ten uśmiech, ale w tej chwili wyrzuty sumienia nie dałyby Brennie spokoju.
– Derwin, tata… nie ja ich wciągnęłam – zastrzegła, tak na wszelki wypadek. Obaj opowiadali się lata temu przeciwko Grindewaldowi, więc było jasne, że nie poprą kolejnego mrocznego czarnoksiężnika. Dziadek z kolei… tutaj Brenna nie miała pojęcia, co zrobi: na pewno nie stanie po stronie Voldemorta, ale jego przywiązanie do prawa zdawało się wykluczać możliwość działań, których nie sankcjonowało Ministerstwo. Morpheus i Crawleyowie nie mieli pojęcia… w tej chwili. To jednak miało przyjść z czasem. – Mav.
Ją już jak najbardziej wciągnęła sama. I to na swój sposób było naturalne, gdzie Brenna, tam i Mavelle – i żadna z nich nawet nie przeczuwała, że będzie to kolejna rzecz, którą pewnego dnia zmieni wojna.
– Ktoś rozmawiał z Lucy. Danielle nie wie. A Erik… – Brenna uśmiechnęła się, jakby z odrobiną zakłopotania. – Chyba uznał, że trochę sobie z niego żartuję.
– Jestem taka… nudna i przewidywalna – roześmiała się, gdy wspomniał, że nie jest zaskoczony. W gruncie rzeczy pod pewnymi względami faktycznie była bardzo przewidywalna. Ruchliwa, energiczna, mknąca do przodu, ale większość jej działań dało się bardzo łatwo prognozować, i to nawet bez niezwykłej umiejętności wuja Morpheusa. – Dobrze – skwitowała, już z większą powagą, uśmiech powoli się rozpłynął, kąciki ust opadły. Nie chciała, by ktokolwiek robił coś takiego dla niej. By narażano życie z obawy przed tym, że inaczej ona, niepilnowana, zrobi coś głupiego. Nie chciała być powodem, dla którego pewnie złamią prawo i być może ucierpią. Przynajmniej tu i teraz. Jej skrupuły miały rozmywać się z czasem, znikać jak ten uśmiech, ale w tej chwili wyrzuty sumienia nie dałyby Brennie spokoju.
– Derwin, tata… nie ja ich wciągnęłam – zastrzegła, tak na wszelki wypadek. Obaj opowiadali się lata temu przeciwko Grindewaldowi, więc było jasne, że nie poprą kolejnego mrocznego czarnoksiężnika. Dziadek z kolei… tutaj Brenna nie miała pojęcia, co zrobi: na pewno nie stanie po stronie Voldemorta, ale jego przywiązanie do prawa zdawało się wykluczać możliwość działań, których nie sankcjonowało Ministerstwo. Morpheus i Crawleyowie nie mieli pojęcia… w tej chwili. To jednak miało przyjść z czasem. – Mav.
Ją już jak najbardziej wciągnęła sama. I to na swój sposób było naturalne, gdzie Brenna, tam i Mavelle – i żadna z nich nawet nie przeczuwała, że będzie to kolejna rzecz, którą pewnego dnia zmieni wojna.
– Ktoś rozmawiał z Lucy. Danielle nie wie. A Erik… – Brenna uśmiechnęła się, jakby z odrobiną zakłopotania. – Chyba uznał, że trochę sobie z niego żartuję.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.