Całkiem zapobiegawczo zareagował ze swoją odpowiedzią, bo Laurent się rzeczywiście zastanawiał, czy to był dobry wybór. Wydawał się zadowolony, więc powinno, ale jak już powiedzieliśmy - pozory myliły. Tutaj też mylić mogły. Awersja. Wtedy prawie go utopił, niecelowo, a teraz topić go chciały trytony. Nie mogły, ale walczył z nimi. Teraz miał dostęp do jego ciała i zorientował się, że nie było na nim widocznych ran, rys, uszkodzeń, nawet siniaków. Czy na ciele wampirów w ogóle widać siniaki? Cieszyło go to, że nie został ranny. W zasadzie nie wiedział, co się działo, kiedy się rozłączyli, ale ulżyło mu, gdy zobaczył, że sprawnie walczą z Adrią i jej pomocnikami.
- Nie lubisz takich odmieńców, jak ja. Selkie, wiły... trytony. - Te ostatnie przynajmniej nie były w stanie wyjść na ląd, a i tak bardzo wiele krwi napsuły. To, co powiedział, nie było nawet pytaniem, brzmiało bardziej jak stwierdzenie. Nie miał wątpliwości co do tej awersji, jaką widział na początku w jego oczach. Obrzydzenia. Teraz tego nie było - nawet w tym momencie, kiedy spojrzał na tę szlachetną twarz to dostrzegał głównie spokój, afirmację chwili i chyba - zmartwienie. - Mimo to przybiegłeś tutaj z kuszą. Schowałem ją. Czeka na ciebie. Nie chciałem posyłać ją sową. - Z New Forest do Londynu nie było aż tak daleko, ale Laurent wolał nie ryzykować, że zaklęcie transmutacji nie zadziała i coś pójdzie nie tak, bo wtedy mógł być problem. Chyba ta kusza nie była taka cenna, skoro Astaroth się o nią nie upominał..?
- Nie pamiętam... ze trzy lata? - Teraz historie i daty zlepiały się i zlewały w jedno, nie potrafił się na nich skupić. Albo dobrowolnie nie chciał się na nich skupiać. Nie miał zaciętego umysłu - ten raczej rozpływał się tak samo, jak znowu miękkie były jego mięśnie dzięki odprężającemu wpływowi wody i bliskości drugiego ciała. - Łączy nas czysty biznes. - Dodając i dopowiadając przemilczane: nic więc dziwnego, że nie słyszałeś o tej znajomości. Nie było o czym słuchać. Nie było o czym opowiadać. Laurent podziwiał jej siłę i zmysł do magicznych stworzeń, ale ich drogi były rozbieżne. Bliższa znajomość doprowadziłaby do zgrzytów, bo Laurent nie potrafił nie umoralniać ludzi. I wbrew pozorom - nie lubił, kiedy to on nie dyktował zasad swojego otoczenia. Lecz romanse? Ha..! Laurenta kobiety pociągały w o wiele mniejszym stopniu niż mężczyźni. Geraldine nie zaliczała się do jego gustów ani fizycznie, ani charakterem.
Słuchał go cały czas z uwagą i tak coraz więcej elementów Astarotha Yaxleya trafiało na miejsce. Oto samotnik znad Tamizy stawał się osobą rodzinną, która nie chciała tkwić w zimnym, pustym domu. Laurent też tego nie chciał. Bardzo leniwym gestem, łakomie racząc się każdym ruchem palców Astarotha na swojej skórze, obrócił się lekko w jego ramionach, żeby wyciągnąć nogę i zakręcić nią kran. Zakręcenie go po ludzku zmusiłoby go do wyplątania się z tego objęcia, a na to nie miał ochoty.
- Twardą ręką..? - Zapytał z sennym uśmiechem, wyobrażając sobie, że Astaroth sprawiał wrażenie potulnego, ale do jakiego stopnia? Do jakiego czasu? I czy na pewno chodziło o bycie układnym, czy może jednak dosłowną twardość ręki - by miał kto go docisnąć do ziemi, gdyby coś się działo. - Cieszę się. - Myślał, że tkwi samotny w tym domu, Geraldine nie ma w ogóle i jest on, puste ściany i słońce, na które nie ma rady. - Tylko nie wiem, czy ty bardziej się cieszysz z tego, że tę rodzinę przy sobie masz, czy szukasz spokoju. - To tak odnośnie wcześniejszych słów narzekań na niektóre rodzeństwo, na wprowadzenie się Jamesa... ale teraz to brzmiało wesoło. - I cieszę się, że masz kogoś, kto ci pomaga z wampiryzmem. - Czy ta "przyjaciółka" jest kimś ważnym? Jakoś Astaroth musiał się żywić - ale czy żywienie się na tej samej osobie w ogóle było bezpieczne?