29.07.2024, 11:51 ✶
Brenna pewne rzeczy analizowała wręcz nadmiernie, inne jednak robiła po prostu… trochę instynktownie, pod wpływem chwili czy jakiejś myśli, która nagle wbiła jej do łba. Domyślała się, że Mildred nie czuje się dobrze – nie mogła się tak czuć po miesiącach w Lecznicy Dusz. Nawet jeżeli wyjście stamtąd wzbudziło z pewnością entuzjazm, to jeszcze nie oznaczało, że wszystko jest w porządku. Nie miała jednak pojęcia, jak bardzo Millie boli ten dyżur Alastora, jak bardzo bała się, że zostanie wyłączona z akcji (w tym było trochę racji, Brenna na pewno nie planowała ciągnąć jej choćby na mroczną wyspę, nie dopóki się nie upewni, w jakim Miles jest stanie). Zaproponowała tę wycieczkę, bo po prostu… pomyślała, że dobrze, żeby Millie nie została sama, dopóki Moody nie skończy służby, a dziś akurat wychodziło tak, że Brenna tę zacznie, kiedy on będzie wolny.
Poza tym miała wrażenie, że Księżycowy Staw się jej spodoba.
– Cieszę się, że ktoś podziela moje zdanie – powiedziała, a kąciki ust drgnęły jej lekko. Przygarnęła do siebie Millie bez wahania, bo sama nigdy nie miała problemu z kontaktem fizycznym tego typu, nie obchodziło jej, że to gejowe albo że może ktoś uważać, że przecież to jakaś oznaka słabości. Brenna wyciągała do ludzi ręce czy to w chwilach radości, czy na powitanie, czy wtedy, kiedy było źle – gdy widziała, że ktoś potrzebuje oparcia. Czasem gdy sama go szukała, chociaż do tego akurat nie przywykła. – Nie zdziwię się, jeśli siedzi tutaj jakiś duch. Takie domy zawsze są nawiedzone – stwierdziła, półżartem, półserio, zanim puściła Moody i zgodnie z życzeniem otworzyła drzwi, wprowadzając ją do środka.
Z sieni dostały się do salonu, o drewnianej podłodze, wymagającej na pewno polerowania, może odnowienia. Ogromny, marmurowy kominek, od razu rzucał się w oczy, na ścianach znajdowały się portrety oraz obrazy – wszystkie nieruchome, większość przedstawiająca pewnie Juliusów albo nocne krajobrazy z różnych zakątków świata. Na suficie też znajdował się zresztą malunek nocnego nieba, ale wymagający na pewno odświeżenia – a może i kiedyś był zaklęty, ale to przeminęło? Pomieszczenie było ogromne, prawdopodobnie służyło nie tylko za salon, ale też miejsce, w którym organizowano tutaj przyjęcia czy nawet bale. Wciąż stały tutaj meble oraz różne ozdoby, o dziwo przez nikogo nie zabrane. Sprzęty ponakrywano teraz narzutami, aby się nie kurzyły.
– Część mebli jeszcze się nada – stwierdziła Brenna, zrywając płachtę z długiego, zdobionego stołu. Wznieciła przy tym tumany kurzu i zakasłała. – Może otworzysz okno? I na razie wolałabym nie biegać po całym domu, na pewno nie w pojedynkę, idę o zakład, że zagnieździł się tutaj jakiś bogin, a ostatnio w domu opuszczonym przez czarodziejkę, bahanki zagryzły jakiegoś mugola, kij wie, co tutaj siedzi… Trzeba będzie się tu rozejrzeć całą grupą.
Parsknęła cicho na tę aparaturę do bimbru i pokręciła głową, nie tyleż w zaprzeczeniu, ile w takim… nieco rozbawionym geście.
– Są tutaj piwnica i poddasze. Zobaczymy. Pewnie będzie tu dobrze urządzić pracownię alchemiczną i takie tam… chociaż nie spieszy się z tym jakoś okropnie, bo i tak najważniejsze rzeczy zostaną w Strażnicy, przynajmniej póki co, tam jednak jest… bezpieczniej.
Poza tym miała wrażenie, że Księżycowy Staw się jej spodoba.
– Cieszę się, że ktoś podziela moje zdanie – powiedziała, a kąciki ust drgnęły jej lekko. Przygarnęła do siebie Millie bez wahania, bo sama nigdy nie miała problemu z kontaktem fizycznym tego typu, nie obchodziło jej, że to gejowe albo że może ktoś uważać, że przecież to jakaś oznaka słabości. Brenna wyciągała do ludzi ręce czy to w chwilach radości, czy na powitanie, czy wtedy, kiedy było źle – gdy widziała, że ktoś potrzebuje oparcia. Czasem gdy sama go szukała, chociaż do tego akurat nie przywykła. – Nie zdziwię się, jeśli siedzi tutaj jakiś duch. Takie domy zawsze są nawiedzone – stwierdziła, półżartem, półserio, zanim puściła Moody i zgodnie z życzeniem otworzyła drzwi, wprowadzając ją do środka.
Z sieni dostały się do salonu, o drewnianej podłodze, wymagającej na pewno polerowania, może odnowienia. Ogromny, marmurowy kominek, od razu rzucał się w oczy, na ścianach znajdowały się portrety oraz obrazy – wszystkie nieruchome, większość przedstawiająca pewnie Juliusów albo nocne krajobrazy z różnych zakątków świata. Na suficie też znajdował się zresztą malunek nocnego nieba, ale wymagający na pewno odświeżenia – a może i kiedyś był zaklęty, ale to przeminęło? Pomieszczenie było ogromne, prawdopodobnie służyło nie tylko za salon, ale też miejsce, w którym organizowano tutaj przyjęcia czy nawet bale. Wciąż stały tutaj meble oraz różne ozdoby, o dziwo przez nikogo nie zabrane. Sprzęty ponakrywano teraz narzutami, aby się nie kurzyły.
– Część mebli jeszcze się nada – stwierdziła Brenna, zrywając płachtę z długiego, zdobionego stołu. Wznieciła przy tym tumany kurzu i zakasłała. – Może otworzysz okno? I na razie wolałabym nie biegać po całym domu, na pewno nie w pojedynkę, idę o zakład, że zagnieździł się tutaj jakiś bogin, a ostatnio w domu opuszczonym przez czarodziejkę, bahanki zagryzły jakiegoś mugola, kij wie, co tutaj siedzi… Trzeba będzie się tu rozejrzeć całą grupą.
Parsknęła cicho na tę aparaturę do bimbru i pokręciła głową, nie tyleż w zaprzeczeniu, ile w takim… nieco rozbawionym geście.
– Są tutaj piwnica i poddasze. Zobaczymy. Pewnie będzie tu dobrze urządzić pracownię alchemiczną i takie tam… chociaż nie spieszy się z tym jakoś okropnie, bo i tak najważniejsze rzeczy zostaną w Strażnicy, przynajmniej póki co, tam jednak jest… bezpieczniej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.