29.07.2024, 22:07 ✶
Iiiiiii
Wiśta wio!
Ruszyli przed siebie, Mabel chwyciła się mocniej futra misia, pochylając się nieco do przodu zachwycona tą całą sytuacją. Czasami, kiedy huśtała się bardzo wysoko na huśtawce lubiła wyrażać sobie, że oto galopuje przez jakieś lasy, czy puszcze w poszukiwani przygody. Teraz nie musiała sobie niczego wyobrażać. Nie potrzebowała udawać księżniczki na koniu, kiedy właśnie trzymała się sierści prawdziwego rumaka, który może nie był koniem, ale jednak niedźwiedzie były od koni zdecydowanie fajniejsze. Nie potrzebowała też wymyślać sobie przygód, bo dzisiejszy dzień był dla niej niczym jedną wielka przygoda. Jakby się nad tym zastanowić, to całe lato był jak z jakiejś książki. Jej mama przecież nagle miała narzeczonego, ktoś, Leo, próbował tego narzeczonego dorwać, udało jej się pomalować paznokcie wujkowi Morpheusowi, a tak poza tym to teraz jechała na niedźwiedziu. I to znowu! Pęd wiatru rozwiewał jej, już i tak wcześniej rozczochrane włosy, gdzieś tam za nimi słyszała głośne wołanie Karla, który raz po raz skandował imię jej i pana Sama, jasno dając do zrozumienia za kogo trzymał kciuki. Pędzili, a mama i Niko zostali w tyle. Ha ha! Wiedziała, że razem z panem Samem stanowili drużynę nie do powstrzymania. A mama mówiła, że niby już wcześniej jeździła na niedźwiedziu! Hm... Czy mama byłaby bardzo złą, gdyby teraz odwróciła się i pokazała jej język? Lepiej nie ryzykować. I czy już zawsze będzie mogło być tak fajnie? Ich czwórka, bo przecież jeszcze Karl, razem urządzająca sobie wyścigi, czy też inne śmieszne rzeczy? Może to dobrze, że nigdy nie miała taty. Wtedy mama nie mogłaby być zaręczona z panem Samem i nie byłoby dzisiejszego dnia. Karl I tak jej kiedyś powiedział, że ojcostwo i mamostwo to znacznie bardziej skomplikowane i zawiłe koncepty, niż to kogo namalować w przedszkolu, gdy proszono o narysowanie swojej rodziny.
– Wygramy to! – wykrzyknęła wesoło, mając wrażenie, że zaraz cała wybuchnie z ekscytacji i śmiechu. Już chciała być na mecie. Już widziała jak wygrywali. Aż miała ochotę zaśpiewać teraz jakąś wakacyjną piosenkę, ale... Ale gdy kazano jej się nauczyć kilku w przedszkolu, uznała że woli rysować, niż się czegoś uczyć i na złość, żadnej nie zapamietała. Coś tam coś tam lato zwleka?
Nie musi wejść, byle lepiej niż Nora
Wiśta wio!
Ruszyli przed siebie, Mabel chwyciła się mocniej futra misia, pochylając się nieco do przodu zachwycona tą całą sytuacją. Czasami, kiedy huśtała się bardzo wysoko na huśtawce lubiła wyrażać sobie, że oto galopuje przez jakieś lasy, czy puszcze w poszukiwani przygody. Teraz nie musiała sobie niczego wyobrażać. Nie potrzebowała udawać księżniczki na koniu, kiedy właśnie trzymała się sierści prawdziwego rumaka, który może nie był koniem, ale jednak niedźwiedzie były od koni zdecydowanie fajniejsze. Nie potrzebowała też wymyślać sobie przygód, bo dzisiejszy dzień był dla niej niczym jedną wielka przygoda. Jakby się nad tym zastanowić, to całe lato był jak z jakiejś książki. Jej mama przecież nagle miała narzeczonego, ktoś, Leo, próbował tego narzeczonego dorwać, udało jej się pomalować paznokcie wujkowi Morpheusowi, a tak poza tym to teraz jechała na niedźwiedziu. I to znowu! Pęd wiatru rozwiewał jej, już i tak wcześniej rozczochrane włosy, gdzieś tam za nimi słyszała głośne wołanie Karla, który raz po raz skandował imię jej i pana Sama, jasno dając do zrozumienia za kogo trzymał kciuki. Pędzili, a mama i Niko zostali w tyle. Ha ha! Wiedziała, że razem z panem Samem stanowili drużynę nie do powstrzymania. A mama mówiła, że niby już wcześniej jeździła na niedźwiedziu! Hm... Czy mama byłaby bardzo złą, gdyby teraz odwróciła się i pokazała jej język? Lepiej nie ryzykować. I czy już zawsze będzie mogło być tak fajnie? Ich czwórka, bo przecież jeszcze Karl, razem urządzająca sobie wyścigi, czy też inne śmieszne rzeczy? Może to dobrze, że nigdy nie miała taty. Wtedy mama nie mogłaby być zaręczona z panem Samem i nie byłoby dzisiejszego dnia. Karl I tak jej kiedyś powiedział, że ojcostwo i mamostwo to znacznie bardziej skomplikowane i zawiłe koncepty, niż to kogo namalować w przedszkolu, gdy proszono o narysowanie swojej rodziny.
– Wygramy to! – wykrzyknęła wesoło, mając wrażenie, że zaraz cała wybuchnie z ekscytacji i śmiechu. Już chciała być na mecie. Już widziała jak wygrywali. Aż miała ochotę zaśpiewać teraz jakąś wakacyjną piosenkę, ale... Ale gdy kazano jej się nauczyć kilku w przedszkolu, uznała że woli rysować, niż się czegoś uczyć i na złość, żadnej nie zapamietała. Coś tam coś tam lato zwleka?
Nie musi wejść, byle lepiej niż Nora
Rzut T 1d100 - 98
Sukces!
Sukces!