10.01.2023, 22:27 ✶
- Naprawdę. Czasem ludzie z miasta albo zza granicy chcą spędzić święta na angielskiej wsi. W Trzech Miotłach co roku dla wynajmujących serwują kolację z okazji Yule. – Mackenzie nawet zdarzyło się rok temu w zamian za parę sykli pomagać w jej przygotowaniu i serwowaniu, gdy jedna osoba z obsługi zachorowała. – Największy ruch jest przed samymi świętami, ale po nich dużo osób wpada albo na jeden dzień, albo nawet do Sylwestra. W Miotłach, Zonku i Miodowym Królestwie na pewno jest ruch. I na pobliskim wzgórzu, niektórzy jeżdżą tam na sankach.
Mieszkając tyle lat w Hogsmeade nauczyła się rytmu życia miejscowości. W wakacje chętnie wpadali tam turyści, w ciągu roku największy ruch był w weekendy, gdzie wszędzie roiło się od uczniów Hogwartu, a przed świętami sporo osób poszukując najcudowniejszych prezentów wpadało do okolicznych sklepów. Grudzień był też ogólnie turystycznym miesiącem, bo Hogsmeade pięknie dekorowano i przyciągało to wielu ludzi, chcących zobaczyć zimą magiczne miasteczko…
Wciąż nagła deklaracja spędzenia tam każdego popołudnia wywoływała w niej pewną konsternację. Nie spodziewała się aż tak nagłej zmiany podejścia.
- To nie był faul. Tylko przejęcie kafla tuż przed twoim nosem – oświadczyła z niezmąconym spokojem, no nie jej wina, że nie zdążył wyhamować, prawda? Za to kiedy wspomniał o byciu pałkarzem, popatrzyła na niego z namysłem. Jak to odgadł?– Nawet się zastanawiałam. Ale Fletcherowie by mnie zamordowali. Kochają te pozycje.
Przyszło jej to na myśl, bo podobnie jak Theodore, bardzo nie lubiła zasady „sto pięćdziesiąt punktów!” za złoty znicz. Sto byłoby zrozumiałe, ale sto pięćdziesiąt?
Jako pałkarz mogłaby zatrzymać szukającego drugiej drużyny i zrobić więcej niż jako ścigająca. Wprawdzie to bycie ścigającą uważała za najbardziej ekscytujące, ale gdy zaniedbujesz naukę na rzecz mioteł, stajesz się dość dobry, by dać sobie radę na większości pozycji… To w końcu miał być jej przyszły zawód.
- Pragnienia? – Mackenzie zmarszczyła brwi, jakby jednak w lustro pokazujące przyszłość łatwiej jej było uwierzyć niż w takie, które pokazuje pragnienia. – Po co takie oglądać? Każdy chyba wie, czego chce.
Ona na przykład była pewna, że zobaczy samą siebie w drużynie qudditcha. Takiej profesjonalnej. Najlepiej w Srokach, chociaż nie pogardziłaby także Harpiami.
- Zobaczymy, ile nam zejdzie na łyżwach – odparła wymijająco, bo jej absolutny brak obycia towarzyskiego właśnie podsuwał myśl, że to, że ktoś koniecznie chce spędzać z nią czas i to nie po to, żeby poćwiczyła z nim quidditcha, jest wielce podejrzane. Inni uczniowie tak nie robili. (Nie to, że ktoś powinien się temu dziwić. Po prawdzie nawet sama Mackenzie jakoś się nie dziwiła.) Istniało tylko jedno sensowne wyjaśnienie takiego stanu rzeczy.
Czyżby chciał wyciągnąć z niej strategię drużyny Gryfonów na ten rok? Kapitan drużyny Puchonów mógł go na nią nasłać. Na pewno był do tego zdolny. Podobno też chciał grać profesjonalne, a przynajmniej ktoś w Gryffindorze tak twierdził.
Weszła do Sali, łyżwy zostawiając przy wejściu. Po drodze do stolika zsunęła też z ramion płaszcz, by potem przerzucić go o oparcie jednego z krzeseł. Sięgnęła po papierową tubkę, obróciła ją w dłoniach i pociągnęła. O ile z mugolskich wynalazków tego typu zwykle wypadały jakieś plastikowe zabaweczki albo papierowe kapelusze, o tyle z tego wyleciał zestaw świecących balonów. Mackenzie obejrzała je, ale dużo bardziej zainteresowała ją zawartość stołu: pieczone indyki, półmisek frytek, ziemniaki w sosie, groszek i…
…a rozsądek przypominał, że powinna zdrowo się odżywiać, by lepiej utrzymywać się na miotle. Ale nic, było w końcu Yule.
- Zgoda – odparła, ujmując dłoń Lovegooda i z powagą dość krótko, mocno uścisnęła jego rękę. Nie do końca pewna, jak właściwie weszła w taki zakład tylko po to, by wiedzieć, gdzie są łajnobomby, ale chłopak widać miał wprawę w popychaniu nawet tak opornych ludzi jak Mackenzie do zrobienia tego, co chciał, by zrobili. To zapewne nazywało się charyzmą, czyli czymś, co ona posiadała w niemal ujemnych ilościach.
@Theodore Lovegood
Mieszkając tyle lat w Hogsmeade nauczyła się rytmu życia miejscowości. W wakacje chętnie wpadali tam turyści, w ciągu roku największy ruch był w weekendy, gdzie wszędzie roiło się od uczniów Hogwartu, a przed świętami sporo osób poszukując najcudowniejszych prezentów wpadało do okolicznych sklepów. Grudzień był też ogólnie turystycznym miesiącem, bo Hogsmeade pięknie dekorowano i przyciągało to wielu ludzi, chcących zobaczyć zimą magiczne miasteczko…
Wciąż nagła deklaracja spędzenia tam każdego popołudnia wywoływała w niej pewną konsternację. Nie spodziewała się aż tak nagłej zmiany podejścia.
- To nie był faul. Tylko przejęcie kafla tuż przed twoim nosem – oświadczyła z niezmąconym spokojem, no nie jej wina, że nie zdążył wyhamować, prawda? Za to kiedy wspomniał o byciu pałkarzem, popatrzyła na niego z namysłem. Jak to odgadł?– Nawet się zastanawiałam. Ale Fletcherowie by mnie zamordowali. Kochają te pozycje.
Przyszło jej to na myśl, bo podobnie jak Theodore, bardzo nie lubiła zasady „sto pięćdziesiąt punktów!” za złoty znicz. Sto byłoby zrozumiałe, ale sto pięćdziesiąt?
Jako pałkarz mogłaby zatrzymać szukającego drugiej drużyny i zrobić więcej niż jako ścigająca. Wprawdzie to bycie ścigającą uważała za najbardziej ekscytujące, ale gdy zaniedbujesz naukę na rzecz mioteł, stajesz się dość dobry, by dać sobie radę na większości pozycji… To w końcu miał być jej przyszły zawód.
- Pragnienia? – Mackenzie zmarszczyła brwi, jakby jednak w lustro pokazujące przyszłość łatwiej jej było uwierzyć niż w takie, które pokazuje pragnienia. – Po co takie oglądać? Każdy chyba wie, czego chce.
Ona na przykład była pewna, że zobaczy samą siebie w drużynie qudditcha. Takiej profesjonalnej. Najlepiej w Srokach, chociaż nie pogardziłaby także Harpiami.
- Zobaczymy, ile nam zejdzie na łyżwach – odparła wymijająco, bo jej absolutny brak obycia towarzyskiego właśnie podsuwał myśl, że to, że ktoś koniecznie chce spędzać z nią czas i to nie po to, żeby poćwiczyła z nim quidditcha, jest wielce podejrzane. Inni uczniowie tak nie robili. (Nie to, że ktoś powinien się temu dziwić. Po prawdzie nawet sama Mackenzie jakoś się nie dziwiła.) Istniało tylko jedno sensowne wyjaśnienie takiego stanu rzeczy.
Czyżby chciał wyciągnąć z niej strategię drużyny Gryfonów na ten rok? Kapitan drużyny Puchonów mógł go na nią nasłać. Na pewno był do tego zdolny. Podobno też chciał grać profesjonalne, a przynajmniej ktoś w Gryffindorze tak twierdził.
Weszła do Sali, łyżwy zostawiając przy wejściu. Po drodze do stolika zsunęła też z ramion płaszcz, by potem przerzucić go o oparcie jednego z krzeseł. Sięgnęła po papierową tubkę, obróciła ją w dłoniach i pociągnęła. O ile z mugolskich wynalazków tego typu zwykle wypadały jakieś plastikowe zabaweczki albo papierowe kapelusze, o tyle z tego wyleciał zestaw świecących balonów. Mackenzie obejrzała je, ale dużo bardziej zainteresowała ją zawartość stołu: pieczone indyki, półmisek frytek, ziemniaki w sosie, groszek i…
…a rozsądek przypominał, że powinna zdrowo się odżywiać, by lepiej utrzymywać się na miotle. Ale nic, było w końcu Yule.
- Zgoda – odparła, ujmując dłoń Lovegooda i z powagą dość krótko, mocno uścisnęła jego rękę. Nie do końca pewna, jak właściwie weszła w taki zakład tylko po to, by wiedzieć, gdzie są łajnobomby, ale chłopak widać miał wprawę w popychaniu nawet tak opornych ludzi jak Mackenzie do zrobienia tego, co chciał, by zrobili. To zapewne nazywało się charyzmą, czyli czymś, co ona posiadała w niemal ujemnych ilościach.
@Theodore Lovegood