Przedstawiła się również Viorice i Lorraine. Imieniem, nazwiskiem, rodem. To było istotne. W końcu w Islandii nie mieli standardowych nazwisk, tak więc samo Reykiavik nic im nie powie. A o Nordgersimach mogli słyszeć, wszak kilku z nich mieszka na wyspach od dłuższego czasu.
Swoją uwagę posłusznie przeniosła ku przemówieniu Agnes. Zawtórowała oklaskami, a jej spojrzenie padło na poszczególne, bardzo rozemocjonowane tymi wieściami osoby. Nie rozumiała absurdu, z jakim właśnie zderzyli się obecni tu czarodzieje. Nie słyszała o rodzinie Mulciber, tym bardziej o ich przekonaniach społeczno-politycznych. Wszelkiemu zaskoczeniu przypisała ten sam powód, dla którego sama była trochę zdziwiona, i którym nie omieszkała się podzielić z otaczającym ją gronem.
— Czy dobrze myślę, że tego typu organizacje nie są tu popularne? Bo chyba nie macie państwo organizacji wspierających ofiary pomówień lub plotek z gazet? Na jakiej zasadzie by to działało? Organizacji spotkań z ofiarami i mówieniu im, żeby się nie przejmowali?
Po zaprezentowaniu swojego niezwykle niskiego poziomu empatii oraz znajomości realiów społecznych, znów spojrzała na Agnes. Wspomniane imię konkretnego Mulcibera przygnało kilka istotnych wspomnień do umysłu Urlett. W końcu wyjrzała go. Alexander Mulciber. Jej pierwszy mężczyzna. Czy powinna podejść i się przywitać? A może wypadałoby pogratulować utworzenia tej cudacznej organizacji?