30.07.2024, 12:56 ✶
Bliscy i obcy ludzie czasem złościli się na Brennę, a ona nigdy tą złością nie przejmowała się nadmiernie – w pewnych sytuacjach wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, zwłaszcza jeśli coś zrobiła faktycznie nie tak, ale bardzo rzadko na gniew odpowiadała gniewem. Wkurwiała się głównie w pracy, natykając na te najmniej przyjemne przypadki, albo gdy uważała, że ktoś z Zakonu albo rodziny z nadmierną beztroską podchodził do środków bezpieczeństwa: może i miała paranoję równą Moodyemu i jego stałej czujności, ale od śmierci Derwina nawet nie próbowała z tą walczyć. W towarzystwie obcych nie piła już właściwie niczego, a bliskich obserwowała podwójnie uważnie, zwłaszcza odkąd na Lammas wręczono jej eliksir wielosokowy, nie ufając im, a raczej… zastanawiając się czasem, jak duży problem może wywołać jedna mikstura, jedno imperio, jeden metamorfomag albo jedno rzucone przez nich słowo do jakiegoś „przyjaciela”.
Ale nie miała powodów gniewać się na Lupina, a jeśli on byłby na nią zły, to jakoś by to zniosła.
– Niby mogę, ale… no tak, pewnie będziesz lepiej spał i zapewniam, że nie było tak źle, jak na to wygląda. Poza tym oberwałam tylko ja i to głównie dlatego, że miałam trochę pecha.
I tylko dlatego, że inferiusy potraktowali ogniem, najskuteczniejszy sposób w przypadku tych stworów, ale problematyczny był fakt, że Brenna znajdowała się… blisko. Bardzo blisko. I w efekcie gdy on zapłonął, ona też się poparzyła, na szczęście nie jakoś straszliwie poważnie.
Patrzyła na Cedrica, na jego minę, na te wychudzone policzki i wzdychała trochę w duchu: ten chłopak nie umiał kłamać. Naprawdę nie umiał. Nie żeby Brenna była mistrzynią łgarstw – świetnie szło jej zmienianie tematu albo snucie absurdalnych opowieści, ale z kłamaniem było dość ciężko – ale Lupin to miał wszystko wypisane na twarzy.
– Rozleniwiłeś się? Znaczy się wziąłeś dwa dni wolnego z tych czterdziestu wciąż ci należnych na ten rok? – spytała, a kiedy skrzatka pojawiła się z cichym pyknięciem, podsunęła mu szklankę z lemoniadom oraz bardzo małe, trójkątne kanapeczki, takie żeby dało się je zjeść trochę bezmyślnie, na jeden czy dwa ugryzienia. – Rozumiem, że… wyjazd się nie udał? – zapytała ostrożnie. Z tego co się orientowała, miał wybrać się z Vioricą nad wodę i chyba nie rozklejał się tak dlatego, że dostali nieładny domek albo ryba zaserwowana im na obiad była za słona. Chyba że ryba była za słona, a Viorica zrobiła o to awanturę – Brenna ją kojarzyła, trochę ze szkoły, trochę z włóczenia się po podejrzanych miejscach, nie zakładała więc wcale, że taki scenariusz jest niemożliwy. Martwiła się trochę już wcześniej, czy to na pewno dobry pomysł, ale… niektóre złe pomysły bywały zbyt kuszące, żeby ich nie zrealizować.
Tyle że ten miał przykre skutki, patrząc po Cedricu.
Nie wiedziała jeszcze, jak dużą to przyjmuje skalę, ale Zakoniarze naprawdę mieli tendencje do oglądania się za bardzo niewłaściwymi osobami. (Nie żeby ona była tu wyjątkiem.)
– Pokłóciliście się? – spytała wprost.
Ale nie miała powodów gniewać się na Lupina, a jeśli on byłby na nią zły, to jakoś by to zniosła.
– Niby mogę, ale… no tak, pewnie będziesz lepiej spał i zapewniam, że nie było tak źle, jak na to wygląda. Poza tym oberwałam tylko ja i to głównie dlatego, że miałam trochę pecha.
I tylko dlatego, że inferiusy potraktowali ogniem, najskuteczniejszy sposób w przypadku tych stworów, ale problematyczny był fakt, że Brenna znajdowała się… blisko. Bardzo blisko. I w efekcie gdy on zapłonął, ona też się poparzyła, na szczęście nie jakoś straszliwie poważnie.
Patrzyła na Cedrica, na jego minę, na te wychudzone policzki i wzdychała trochę w duchu: ten chłopak nie umiał kłamać. Naprawdę nie umiał. Nie żeby Brenna była mistrzynią łgarstw – świetnie szło jej zmienianie tematu albo snucie absurdalnych opowieści, ale z kłamaniem było dość ciężko – ale Lupin to miał wszystko wypisane na twarzy.
– Rozleniwiłeś się? Znaczy się wziąłeś dwa dni wolnego z tych czterdziestu wciąż ci należnych na ten rok? – spytała, a kiedy skrzatka pojawiła się z cichym pyknięciem, podsunęła mu szklankę z lemoniadom oraz bardzo małe, trójkątne kanapeczki, takie żeby dało się je zjeść trochę bezmyślnie, na jeden czy dwa ugryzienia. – Rozumiem, że… wyjazd się nie udał? – zapytała ostrożnie. Z tego co się orientowała, miał wybrać się z Vioricą nad wodę i chyba nie rozklejał się tak dlatego, że dostali nieładny domek albo ryba zaserwowana im na obiad była za słona. Chyba że ryba była za słona, a Viorica zrobiła o to awanturę – Brenna ją kojarzyła, trochę ze szkoły, trochę z włóczenia się po podejrzanych miejscach, nie zakładała więc wcale, że taki scenariusz jest niemożliwy. Martwiła się trochę już wcześniej, czy to na pewno dobry pomysł, ale… niektóre złe pomysły bywały zbyt kuszące, żeby ich nie zrealizować.
Tyle że ten miał przykre skutki, patrząc po Cedricu.
Nie wiedziała jeszcze, jak dużą to przyjmuje skalę, ale Zakoniarze naprawdę mieli tendencje do oglądania się za bardzo niewłaściwymi osobami. (Nie żeby ona była tu wyjątkiem.)
– Pokłóciliście się? – spytała wprost.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.