31.07.2024, 08:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:19 przez Lorraine Malfoy.)
Odchodzę od Vior, Camille, Celine, Atreusa i Urlett w trakcie przemowy Agnes, aby ratować kuzynkę. Stoję razem z Eden, Aryamanem (Morpheusem) i Basiliusem.
Powiodła wiedzącym spojrzeniem po twarzy Viorici, próbując się nie roześmiać, kiedy ta zaczęła teatralnie narzekać. Nie odpowiedziała na jej pytanie – nie musiała – Zamfir wystarczył przecież widok wypchanej żetonami sakiewki w jej rękach. Nie chciała zresztą tłumaczyć się przy wszystkich ze swojej sytuacji materialnej ani dzisiejszych przetasowań przy stole do pokera. Jedynie westchnęła z emfazą, naśladując z rozbawieniem manierę Viorici i pokręciła przecząco głową: tylko dłoń, zamiast dramatycznie przyłożyć do czoła, oparła na piersi, blisko serca. Dobrej passy nie miała, ale…
– Lubię przynosić szczęście innym. – Delikatną dwuznaczność wypowiedzianych słów zatuszowała natychmiast niewinnym uśmiechem, a głodny błysk w oku pokryła słodyczą wiły, ale jej spojrzenie usytuowało się stategicznie na ustach kobiety, na dłuższą chwilę zatrzymując się na jej pełnych wargach – równie dobrze mogłaby się zbliżyć, zniwelować dzielący ich ciała dystans, w oczekiwaniu na coś więcej przejechać pieszczotliwie kciukiem po tych samych ustach, które kiedyś całowały Maeve, scałować z nich szminkę – ale nie chciała przecież zwodzić Viorici swoim czarem. Znów patrzyła jej w oczy, znów, to był tylko żartobliwy flirt, zblazowany żart, na który mogły sobie pozwolić po latach znajomości – flirt, który mniej przypominał romantyczne czułostki, a bardziej wyciągniętą przyjaźnie dłoń. Lubiła Vioricę. Ale obecność Atreusa u jej boku przypomniała Lorraine, że jest trochę zazdrosna, choć nie było dzisiaj u jej boku Maeve, z którą obie kobiety łączyło coś więcej. Była po prostu ciekawa. Czuła się też wyjątkowo odważnie: może dlatego, że obok niej stały dwie inne wile, a Lorraine musiała powstrzymać się całą siłą woli, by nie uciekać cały czas spojrzeniem w ich stronę.
Delacourowie znani są z mieszania się z wilami, tłukło się w jej głowie jak mantra, co za abominacja, stwierdziła radośnie Lorraine – nawet nie drgnął jej policzek, nienawiść do samej siebie silnie wpisana była w krwiobieg półwiły, była równie naturalna jak oddychanie – przysłuchiwała się francuskiemu szczebiotowi Celine i Camille, niemal nic nie rozumiejąc z niego nie rozumiejąc. W obecności innych wił czuła ekscytację. Czuła jak jej serce dostraja się w rytm jakiejś dzikiej pieśni, której pamięć krążyła w żyłach Lorraine z krwią jej matki. Czuła potrzebę bliskości, siostrzeństwa, czuła się przerażająco wolna, a nie lubiła się tak czuć, nie lubiła tracić kontroli, czuła w sobie zew starszy od niej samej.
Zapewniła Urlett, że jest jej niezwykle przyjemnie poznać zamorską arystokratkę (gardło ścisnęło się jej jednak, gdy uświadomiła sobie, że innych Nordgersimów poznała przecież na Lithcie), ale szybko wciągnęła się na powrót w rozmowę z Celine i jej kuzynką. Wiedziała już, co powinny zagrać razem.
– Może Jeux d’eau Ravela – pstryknęła nagle palcami, podejmując przerwaną myśl. – Podobno podpisał oryginalny manuskrypt cytatem z wiersza de Regniéra… ”Bóg rzeki, łaskotany przez wodę, zaniósł się wodospadem śmiechu”. Piękny. Częściowo inspirowany też Lisztem, zwłaszcza… – Umilkła, kiedy Agnes poprosiła o uwagę. Koncert mógł poczekać, choć zaproponowany przez Lorraine utwór był frywolnym mrugnięciem okiem do wszystkich tu zgromadzonych, do wszystkich, którzy wiedzieli, że wiły ukochały rzeki, jeziora, i pląsały po ich taflach w wietrznych korowodach przypominając mgłę unoszącą się o poranku nad wodą. Patrzyła na Agnes. Wiedziała, kiedy ktoś rzucał urok wiły, wiedziała, nie tyle dlatego, że sama to świadomie robiła, nie, ona widziała to tysiące razy we wspomnieniach ludzi, których umysły mogła eksplorować za pomocą legilimencji, czuła nadnaturalne przyciąganie bijące od gospodyni, czuła, jak domaga się, by zwrócić na nią oczy.
Przez chwilę nie dowierzała temu, co słyszy.
Wszystkiego, co wiedziała na temat Alexandra Mulcibera, dowiedziała się wbrew swojej woli.
Lorraine z mściwą satysfakcją obserwowała pochód dziedzica Mulciberów, odprowadziła go wzrokiem niczym skurwiały karawan, za którym nie ustawił się żaden żałobnik, tylko psy – psy, które zawodziły dziko, lamentując, że nie oddano im na pożarcie truchła, że nie mogą rozwlec ciała i obgryźć go do kości, Agnes, proszę, to znęcanie się nad zwierzętami, stwierdziła z lubością, od razu wychwytując subtelne detale, które świadczyły o degeneracji Mulcibera. Wyliczała jego grzechy z taką samą precyzją, z jaką odmawiałaby kolejne wezwania litanii: drżenie rąk, którego nie można było wytłumaczyć tylko tremą, cienie pod oczami, niezdrowy koloryt skóry. Tylko pieniądze i nazwisko wybawiły go od losu narkomanów ze ścieżek, ledwo słaniających się na nogach żebraków, którym dawała knuta, kiedy czuła się wyjątkowo wspaniałomyślnie.
Zawsze powtarzała Ambrosii, że nie jest jej wart.
Gdyby zanurzyła się w odmęty jego umysłu, znalazłaby tylko ciemność. Ale Lorraine nie chciała wiedzieć o nim absolutnie niczego. Do jego wspomnień wdarłaby się subtelna niczym siedem plag egipskich, nie zwracając uwagi, ile szkody czyni. Jasnowidz, Ambrosia mówiła, że jest jasnowidzem, och, może pośród tej ohydy zalałyby ją wizje przyszłości, wywróż sobie, kiedy zdechniesz, szepnęłaby mu na ucho. Jasnowidzowie byli pośród czarodziejów bogami – pijani złotym ichorem przeznaczenia, sączyli transcendecję z kielichów, które wręczył im los – ale Alexander Mulciber był tylko obmierzłą pijawką, opitą trującą juchą z arterii fatum.
Lorraine znała mężczyzn takich jak on – mężczyzn, dla których nie było w życiu żadnej świętości. Mężczyzn, którzy myśleli, że świat należy do nich, więc dopuszczali się najgorszych niegodziwości, mężczyzn, którzy czerpali przyjemność z destrukcji, najpierw niszcząc innych a potem – samych siebie.
Najchętniej zgniotłaby go obcasem. Zapewne by jej za to podziękował – może nawet czerpałby z tego jakąś chorą satysfakcję, wyglądał na kogoś, kto ma dość życia, że skrócenie jego cierpień wydawało się wybawieniem.
– To wrak człowieka – stwierdziła beztrosko Lorraine, odwzajemniając uśmiech Viorici, choć zrobiła to w lekko wymuszony sposób: uśmiech, który wykwitł na jej ustach nie sięgał oczu. – Nieważne jaki kurs obierze, pójdzie z tymi pieniędzmi prosto na dno.
Zawsze była uprzejma, zawsze mówiła pięknie i dyplomatycznie, nawet jej złośliwości były okraszone słodyczą, zawoalowane grzecznością, ale teraz, Lorraine Malfoy była szczera. Szczerość napędzał gniew. Kochała Ambrosię. Kochała ją, szczerze, nieustępliwie, bezwarunkowo. Nie osądzała jej wyborów. Chciała jej szczęścia, pokazywała to zawsze najlepiej w przestrzeni umysłu Rosie, który zalewała czułością, kiedy ta wpuszczała ją do swojej głowy – a nie wierzyła, że ten mężczyzna jest w stanie dać jej przyjaciółce cokolwiek poza bólem.
Niewielu zostało na tym świecie dobrych ludzi, jeszcze mniej dobrych mężczyzn. Lorraine pomyślała, że nie zna żadnego. Nim to sobie uświadomiła, jej spojrzenie powędrowało jednak w stronę Atreusa. Uśmiechnęła się delikatnie – trochę kpiąco, trochę z zadumą – niemalże wbrew sobie. Niemalże. Chyba za dużo czasu spędzała w towarzystwie kobiet z rodu Chang.
– Przepraszam – wymówiła się uprzejmie. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, odwróciła się na pięcie, by jak duch, jak piękna zjawa przemknać między gośćmi – przynajmniej raz mogła być niewidzialna, wtedy, kiedy wszyscy skupieni byli na Agnes roztaczającej wokół czar wili – i zmaterializować się u boku krztuszącej się kuzynki.
– Eden, kochanie… – Zaraz znalazła się obok, gotowa ją podtrzymać razem z Aryamanem, szczerze zmartwiona poklepując ją delikatnie po plecach.
Powiodła wiedzącym spojrzeniem po twarzy Viorici, próbując się nie roześmiać, kiedy ta zaczęła teatralnie narzekać. Nie odpowiedziała na jej pytanie – nie musiała – Zamfir wystarczył przecież widok wypchanej żetonami sakiewki w jej rękach. Nie chciała zresztą tłumaczyć się przy wszystkich ze swojej sytuacji materialnej ani dzisiejszych przetasowań przy stole do pokera. Jedynie westchnęła z emfazą, naśladując z rozbawieniem manierę Viorici i pokręciła przecząco głową: tylko dłoń, zamiast dramatycznie przyłożyć do czoła, oparła na piersi, blisko serca. Dobrej passy nie miała, ale…
– Lubię przynosić szczęście innym. – Delikatną dwuznaczność wypowiedzianych słów zatuszowała natychmiast niewinnym uśmiechem, a głodny błysk w oku pokryła słodyczą wiły, ale jej spojrzenie usytuowało się stategicznie na ustach kobiety, na dłuższą chwilę zatrzymując się na jej pełnych wargach – równie dobrze mogłaby się zbliżyć, zniwelować dzielący ich ciała dystans, w oczekiwaniu na coś więcej przejechać pieszczotliwie kciukiem po tych samych ustach, które kiedyś całowały Maeve, scałować z nich szminkę – ale nie chciała przecież zwodzić Viorici swoim czarem. Znów patrzyła jej w oczy, znów, to był tylko żartobliwy flirt, zblazowany żart, na który mogły sobie pozwolić po latach znajomości – flirt, który mniej przypominał romantyczne czułostki, a bardziej wyciągniętą przyjaźnie dłoń. Lubiła Vioricę. Ale obecność Atreusa u jej boku przypomniała Lorraine, że jest trochę zazdrosna, choć nie było dzisiaj u jej boku Maeve, z którą obie kobiety łączyło coś więcej. Była po prostu ciekawa. Czuła się też wyjątkowo odważnie: może dlatego, że obok niej stały dwie inne wile, a Lorraine musiała powstrzymać się całą siłą woli, by nie uciekać cały czas spojrzeniem w ich stronę.
Delacourowie znani są z mieszania się z wilami, tłukło się w jej głowie jak mantra, co za abominacja, stwierdziła radośnie Lorraine – nawet nie drgnął jej policzek, nienawiść do samej siebie silnie wpisana była w krwiobieg półwiły, była równie naturalna jak oddychanie – przysłuchiwała się francuskiemu szczebiotowi Celine i Camille, niemal nic nie rozumiejąc z niego nie rozumiejąc. W obecności innych wił czuła ekscytację. Czuła jak jej serce dostraja się w rytm jakiejś dzikiej pieśni, której pamięć krążyła w żyłach Lorraine z krwią jej matki. Czuła potrzebę bliskości, siostrzeństwa, czuła się przerażająco wolna, a nie lubiła się tak czuć, nie lubiła tracić kontroli, czuła w sobie zew starszy od niej samej.
Zapewniła Urlett, że jest jej niezwykle przyjemnie poznać zamorską arystokratkę (gardło ścisnęło się jej jednak, gdy uświadomiła sobie, że innych Nordgersimów poznała przecież na Lithcie), ale szybko wciągnęła się na powrót w rozmowę z Celine i jej kuzynką. Wiedziała już, co powinny zagrać razem.
– Może Jeux d’eau Ravela – pstryknęła nagle palcami, podejmując przerwaną myśl. – Podobno podpisał oryginalny manuskrypt cytatem z wiersza de Regniéra… ”Bóg rzeki, łaskotany przez wodę, zaniósł się wodospadem śmiechu”. Piękny. Częściowo inspirowany też Lisztem, zwłaszcza… – Umilkła, kiedy Agnes poprosiła o uwagę. Koncert mógł poczekać, choć zaproponowany przez Lorraine utwór był frywolnym mrugnięciem okiem do wszystkich tu zgromadzonych, do wszystkich, którzy wiedzieli, że wiły ukochały rzeki, jeziora, i pląsały po ich taflach w wietrznych korowodach przypominając mgłę unoszącą się o poranku nad wodą. Patrzyła na Agnes. Wiedziała, kiedy ktoś rzucał urok wiły, wiedziała, nie tyle dlatego, że sama to świadomie robiła, nie, ona widziała to tysiące razy we wspomnieniach ludzi, których umysły mogła eksplorować za pomocą legilimencji, czuła nadnaturalne przyciąganie bijące od gospodyni, czuła, jak domaga się, by zwrócić na nią oczy.
Przez chwilę nie dowierzała temu, co słyszy.
Wszystkiego, co wiedziała na temat Alexandra Mulcibera, dowiedziała się wbrew swojej woli.
Lorraine z mściwą satysfakcją obserwowała pochód dziedzica Mulciberów, odprowadziła go wzrokiem niczym skurwiały karawan, za którym nie ustawił się żaden żałobnik, tylko psy – psy, które zawodziły dziko, lamentując, że nie oddano im na pożarcie truchła, że nie mogą rozwlec ciała i obgryźć go do kości, Agnes, proszę, to znęcanie się nad zwierzętami, stwierdziła z lubością, od razu wychwytując subtelne detale, które świadczyły o degeneracji Mulcibera. Wyliczała jego grzechy z taką samą precyzją, z jaką odmawiałaby kolejne wezwania litanii: drżenie rąk, którego nie można było wytłumaczyć tylko tremą, cienie pod oczami, niezdrowy koloryt skóry. Tylko pieniądze i nazwisko wybawiły go od losu narkomanów ze ścieżek, ledwo słaniających się na nogach żebraków, którym dawała knuta, kiedy czuła się wyjątkowo wspaniałomyślnie.
Zawsze powtarzała Ambrosii, że nie jest jej wart.
Gdyby zanurzyła się w odmęty jego umysłu, znalazłaby tylko ciemność. Ale Lorraine nie chciała wiedzieć o nim absolutnie niczego. Do jego wspomnień wdarłaby się subtelna niczym siedem plag egipskich, nie zwracając uwagi, ile szkody czyni. Jasnowidz, Ambrosia mówiła, że jest jasnowidzem, och, może pośród tej ohydy zalałyby ją wizje przyszłości, wywróż sobie, kiedy zdechniesz, szepnęłaby mu na ucho. Jasnowidzowie byli pośród czarodziejów bogami – pijani złotym ichorem przeznaczenia, sączyli transcendecję z kielichów, które wręczył im los – ale Alexander Mulciber był tylko obmierzłą pijawką, opitą trującą juchą z arterii fatum.
Lorraine znała mężczyzn takich jak on – mężczyzn, dla których nie było w życiu żadnej świętości. Mężczyzn, którzy myśleli, że świat należy do nich, więc dopuszczali się najgorszych niegodziwości, mężczyzn, którzy czerpali przyjemność z destrukcji, najpierw niszcząc innych a potem – samych siebie.
Najchętniej zgniotłaby go obcasem. Zapewne by jej za to podziękował – może nawet czerpałby z tego jakąś chorą satysfakcję, wyglądał na kogoś, kto ma dość życia, że skrócenie jego cierpień wydawało się wybawieniem.
– To wrak człowieka – stwierdziła beztrosko Lorraine, odwzajemniając uśmiech Viorici, choć zrobiła to w lekko wymuszony sposób: uśmiech, który wykwitł na jej ustach nie sięgał oczu. – Nieważne jaki kurs obierze, pójdzie z tymi pieniędzmi prosto na dno.
Zawsze była uprzejma, zawsze mówiła pięknie i dyplomatycznie, nawet jej złośliwości były okraszone słodyczą, zawoalowane grzecznością, ale teraz, Lorraine Malfoy była szczera. Szczerość napędzał gniew. Kochała Ambrosię. Kochała ją, szczerze, nieustępliwie, bezwarunkowo. Nie osądzała jej wyborów. Chciała jej szczęścia, pokazywała to zawsze najlepiej w przestrzeni umysłu Rosie, który zalewała czułością, kiedy ta wpuszczała ją do swojej głowy – a nie wierzyła, że ten mężczyzna jest w stanie dać jej przyjaciółce cokolwiek poza bólem.
Niewielu zostało na tym świecie dobrych ludzi, jeszcze mniej dobrych mężczyzn. Lorraine pomyślała, że nie zna żadnego. Nim to sobie uświadomiła, jej spojrzenie powędrowało jednak w stronę Atreusa. Uśmiechnęła się delikatnie – trochę kpiąco, trochę z zadumą – niemalże wbrew sobie. Niemalże. Chyba za dużo czasu spędzała w towarzystwie kobiet z rodu Chang.
– Przepraszam – wymówiła się uprzejmie. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, odwróciła się na pięcie, by jak duch, jak piękna zjawa przemknać między gośćmi – przynajmniej raz mogła być niewidzialna, wtedy, kiedy wszyscy skupieni byli na Agnes roztaczającej wokół czar wili – i zmaterializować się u boku krztuszącej się kuzynki.
– Eden, kochanie… – Zaraz znalazła się obok, gotowa ją podtrzymać razem z Aryamanem, szczerze zmartwiona poklepując ją delikatnie po plecach.