31.07.2024, 13:56 ✶
Rozmowa z dziewczyną na klifie pomogła tylko odrobinę, lecz to wystarczyło, by Charles przemyślał swoje zachowanie i przez następną godzinę trzymał się z dala od krawędzi. Klif był wysoki, stromy i kończył się skałami, w które uderzały morskie fale i z tego wszystkiego to ostatnie było najbardziej przerażające, bo jeśli nie zabiłaby go wysokość, dorwałaby go woda. Ciężko było powiedzieć, gdzie dokładnie zaczynały się głębiny, lecz w przypadku wpadnięciu w nie może wypłynęłyby tylko buty, a może zupełnie nic. Ojciec nigdy nie dowiedziałby się, co stało się z młodszym synem, a jeśli nie było ciała, pozostawała nadzieja, a może obawa, że syn wróci. Że pojawi się i na nowo zniszczy idealny świat Mulciberów, tak idealnie układany przez Richarda i Roberta. Nie, skok z klifu nie był idealnym rozwiązaniem dla żadnej ze stron.
Charles rozmyślał siedząc na jednej ze skałek, z której rozciągał się widok na morski horyzont. Myślał, zadręczał się i snuł plany, nie wiedząc nawet, że wśród Mulciberów był ktoś jeszcze, kto lubował się w kontrowersjach. Pakowanie się w dziwne sytuacje było, ni chybi, rodzinną przypadłością, lecz pozbawiony znajomości krewniaków przez wychowanie w dalekiej Norwegii, Charles nie mógł mieć pojęcia o tym, co to tak naprawdę znaczyło. Jedna czarna owca w stadzie powodowała, że w kolejnych pokoleniach pojawiało się ich więcej, i więcej, lecz stary baran mógł pozwolić sobie na więcej, niż jagnię, któremu ledwie wyrosły różki.
Charles podniósł wzrok na mężczyznę, jego oczy spotkały się z tymi niebieskimi i sucho rzucono komendę. Nie miał powodu, by ją wykonać, nie miał też powodu, by odmówić, lecz zdecydowanie łatwiej było żyć, gdy to ktoś inny decydował. Najpierw Millie, teraz ten mężczyzna - Charles podniósł się ze skały i ruszył za nieznajomym. Widział go gdzieś, tego był pewien, lecz nie potrafił dopasować nazwiska do twarzy. Nie miało to znaczenia.
Stanął, gdy tamten zarządził tym razem to, lecz nie kopiował go i nie pluł z klifu, prawdę mówiąc, zupełnie odechciało mu się chociażby podchodzenia do krawędzi. W głowie Charlesa pojawiały się nowe pytania, przyćmiewając ten magiczny, wszechogarniający smutek, poczucie osamotnienia, niezrozumienia, żalu i wstydu, jakie towarzyszyły mu przez ostatnie godziny. Nowe, neutralne emocje ciekawości zaczęły kiełkować wraz z wciśniętą w ręce talią, nawet dość miał kart na dzisiaj.
- Nie znam pana. - Powiedział wprost, lecz posłusznie zaczął tasować karty. Nie miał w tym wprawy takiej, jak hazardzista ani wprawiony wróż, lecz nie był też zupełnym amatorem. W szkole nauczył się dość. Trzymając talię w prawym ręku i tasując lewym, czyli zupełnie odwrotnie, niż sugerowałaby to jego dominująca strona, mieszał karty powoli, lecz dokładnie. Żadna nie wypadła, żadna się nie odwróciła. - Pan też mnie nie zna. Mam na imię Charles, nie Chester. Jest pan znajomym ojca, czy po prostu widział mnie pan na jarmarku? - Naburmuszony, niepocieszony, brudny od trawy i błota po wcześniejszym tarzaniu się po ziemi, westchnął ciężko. - Proszę się naśmiewać do woli. I tak nie przyjmuję już zamówień, spóźnił się pan.
Charles rozmyślał siedząc na jednej ze skałek, z której rozciągał się widok na morski horyzont. Myślał, zadręczał się i snuł plany, nie wiedząc nawet, że wśród Mulciberów był ktoś jeszcze, kto lubował się w kontrowersjach. Pakowanie się w dziwne sytuacje było, ni chybi, rodzinną przypadłością, lecz pozbawiony znajomości krewniaków przez wychowanie w dalekiej Norwegii, Charles nie mógł mieć pojęcia o tym, co to tak naprawdę znaczyło. Jedna czarna owca w stadzie powodowała, że w kolejnych pokoleniach pojawiało się ich więcej, i więcej, lecz stary baran mógł pozwolić sobie na więcej, niż jagnię, któremu ledwie wyrosły różki.
Charles podniósł wzrok na mężczyznę, jego oczy spotkały się z tymi niebieskimi i sucho rzucono komendę. Nie miał powodu, by ją wykonać, nie miał też powodu, by odmówić, lecz zdecydowanie łatwiej było żyć, gdy to ktoś inny decydował. Najpierw Millie, teraz ten mężczyzna - Charles podniósł się ze skały i ruszył za nieznajomym. Widział go gdzieś, tego był pewien, lecz nie potrafił dopasować nazwiska do twarzy. Nie miało to znaczenia.
Stanął, gdy tamten zarządził tym razem to, lecz nie kopiował go i nie pluł z klifu, prawdę mówiąc, zupełnie odechciało mu się chociażby podchodzenia do krawędzi. W głowie Charlesa pojawiały się nowe pytania, przyćmiewając ten magiczny, wszechogarniający smutek, poczucie osamotnienia, niezrozumienia, żalu i wstydu, jakie towarzyszyły mu przez ostatnie godziny. Nowe, neutralne emocje ciekawości zaczęły kiełkować wraz z wciśniętą w ręce talią, nawet dość miał kart na dzisiaj.
- Nie znam pana. - Powiedział wprost, lecz posłusznie zaczął tasować karty. Nie miał w tym wprawy takiej, jak hazardzista ani wprawiony wróż, lecz nie był też zupełnym amatorem. W szkole nauczył się dość. Trzymając talię w prawym ręku i tasując lewym, czyli zupełnie odwrotnie, niż sugerowałaby to jego dominująca strona, mieszał karty powoli, lecz dokładnie. Żadna nie wypadła, żadna się nie odwróciła. - Pan też mnie nie zna. Mam na imię Charles, nie Chester. Jest pan znajomym ojca, czy po prostu widział mnie pan na jarmarku? - Naburmuszony, niepocieszony, brudny od trawy i błota po wcześniejszym tarzaniu się po ziemi, westchnął ciężko. - Proszę się naśmiewać do woli. I tak nie przyjmuję już zamówień, spóźnił się pan.