31.07.2024, 22:46 ✶
Jestem eskortowana przez bardzo wiele osób (Anthony, Aryaman, Lorraine, Basilius, czy ktoś jeszcze?) na balkon i tam sobie dochodzę do siebie.
Walczyła o powietrze zaciekle, bo nie mogła pozwolić sobie na śmierć w imieniu Alexandra. Nawet jeśli wielokrotnie marzyła o ukróceniu własnego trudnu na tym padole łez i rozpaczy, nie miała zamiaru umierać z powodu mężczyzny. Nie, mężczyzna było zbyt dużym słowem w kontekście tej ludzkiej pokraki; taka przyczyna zgonu urągałaby jej na tyle, że najlepszy egzorcysta nie potrafiłby jej duchowi pomóc spocząć.
Słyszała zmartwione słowa wokół siebie, polecenia wypowiedziane tonem niecierpiącym zwłoki. Wszystko docierało do niej w pełni, więc nie miała problemu z cynicznym komentowaniem tego wszystkiego w swojej głowie. Gdyby nie fakt, że wykrztuszała francuskie wino z tchawicy, z chęcią podzieliłaby się z Anthonym przemyśleniem, że owszem ma alergię - alergię na pieprzenie trzy po trzy. Ma uczulenie na pustogłowych chłopców, którzy nigdy nie dorośli, którzy mają wszystko, a nie zasługują na nic. Na takich, których nawet diabeł by nie chciał bez podwójnej opłaty, ale jakimś cudem czytali z ciebie jak z otwartej księgi.
Niechętnie, ale z braku laku wsparła się na ramieniu Aryamana. Chyba za bardzo zaczęła przesiąkać narracją płynącą z drogich ust Moody'ego, bo poczuła zniesmaczenie, słysząc jego tekst o śmieciach. Nie miała jednak teraz nic do powiedzenia, miała za to dużo cieczy do wykrztuszenia, więc zostawiła reakcję dla samej siebie. Przyciągnęła już wystarczającą ilość spojrzeń, nie musiała się jeszcze obnosić z nowonabytym zalążkiem empatii.
Pozwoliła się wyprowadzić na balkon, choć w drodze na zewnątrz chcąc nie chcąc nawiązała spojrzenie z przemawiającym Alexandrem. Miał niebywałe szczęście, że nie była teraz w stanie rzucać zaklęć, bo nigdy w życiu nie siadłoby jej tak Langlock jak teraz.
Wiedziała, że Mulicber splótł z nią spojrzenia, by zajrzeć jej do łba - był do bólu przewidywalny. Nie omieszkała się więc skusić na refleksję, że przemawiania nie utrudnia mu bycie niewymownym, a bycie niedojebanym. Epitety mu się poplątały.
Pomyśl, że to sen, powtórzyła za nim w głowie. Miała wrażenie, że wszyscy zebrani tutaj towarzysze jej niedoli bardzo chcieliby, żeby to był tylko sen.
Świeże powietrze pomogło, choć pokasływała jeszcze dosyć regularnie, kiedy dołączyła do nich Lorraine, a następnie Basilius, który ledwie wczoraj poznał ją w niecodziennych okolicznościach, a dziś miał ratować ją od zepsucia przyjęcia swoim zgonem. Eden puściła się Aryamana, by następnie wesprzeć się na barierce otaczającej balkon. Przechyliła się lekko i spuściła głowę, mając wrażenie, że to ułatwi jej pozbyć się wina z płuc. Uniosła tylko na chwilę rękę, by pokazać im kciuk w górę; chciała dać znać, że może jeszcze po niej tego nie widać, ale będzie żyć.
- Złego diabli nie biorą - wydusiła ściśniętym głosem i ponownie zaniosła się kaszlem. Był nieco mniej siarczysty, co powinno oznaczać poprawę, ale najlepszym jej znakiem było to, że Eden wciąż trzymał się charakterystyczny cynizm.
Walczyła o powietrze zaciekle, bo nie mogła pozwolić sobie na śmierć w imieniu Alexandra. Nawet jeśli wielokrotnie marzyła o ukróceniu własnego trudnu na tym padole łez i rozpaczy, nie miała zamiaru umierać z powodu mężczyzny. Nie, mężczyzna było zbyt dużym słowem w kontekście tej ludzkiej pokraki; taka przyczyna zgonu urągałaby jej na tyle, że najlepszy egzorcysta nie potrafiłby jej duchowi pomóc spocząć.
Słyszała zmartwione słowa wokół siebie, polecenia wypowiedziane tonem niecierpiącym zwłoki. Wszystko docierało do niej w pełni, więc nie miała problemu z cynicznym komentowaniem tego wszystkiego w swojej głowie. Gdyby nie fakt, że wykrztuszała francuskie wino z tchawicy, z chęcią podzieliłaby się z Anthonym przemyśleniem, że owszem ma alergię - alergię na pieprzenie trzy po trzy. Ma uczulenie na pustogłowych chłopców, którzy nigdy nie dorośli, którzy mają wszystko, a nie zasługują na nic. Na takich, których nawet diabeł by nie chciał bez podwójnej opłaty, ale jakimś cudem czytali z ciebie jak z otwartej księgi.
Niechętnie, ale z braku laku wsparła się na ramieniu Aryamana. Chyba za bardzo zaczęła przesiąkać narracją płynącą z drogich ust Moody'ego, bo poczuła zniesmaczenie, słysząc jego tekst o śmieciach. Nie miała jednak teraz nic do powiedzenia, miała za to dużo cieczy do wykrztuszenia, więc zostawiła reakcję dla samej siebie. Przyciągnęła już wystarczającą ilość spojrzeń, nie musiała się jeszcze obnosić z nowonabytym zalążkiem empatii.
Pozwoliła się wyprowadzić na balkon, choć w drodze na zewnątrz chcąc nie chcąc nawiązała spojrzenie z przemawiającym Alexandrem. Miał niebywałe szczęście, że nie była teraz w stanie rzucać zaklęć, bo nigdy w życiu nie siadłoby jej tak Langlock jak teraz.
Wiedziała, że Mulicber splótł z nią spojrzenia, by zajrzeć jej do łba - był do bólu przewidywalny. Nie omieszkała się więc skusić na refleksję, że przemawiania nie utrudnia mu bycie niewymownym, a bycie niedojebanym. Epitety mu się poplątały.
Pomyśl, że to sen, powtórzyła za nim w głowie. Miała wrażenie, że wszyscy zebrani tutaj towarzysze jej niedoli bardzo chcieliby, żeby to był tylko sen.
Świeże powietrze pomogło, choć pokasływała jeszcze dosyć regularnie, kiedy dołączyła do nich Lorraine, a następnie Basilius, który ledwie wczoraj poznał ją w niecodziennych okolicznościach, a dziś miał ratować ją od zepsucia przyjęcia swoim zgonem. Eden puściła się Aryamana, by następnie wesprzeć się na barierce otaczającej balkon. Przechyliła się lekko i spuściła głowę, mając wrażenie, że to ułatwi jej pozbyć się wina z płuc. Uniosła tylko na chwilę rękę, by pokazać im kciuk w górę; chciała dać znać, że może jeszcze po niej tego nie widać, ale będzie żyć.
- Złego diabli nie biorą - wydusiła ściśniętym głosem i ponownie zaniosła się kaszlem. Był nieco mniej siarczysty, co powinno oznaczać poprawę, ale najlepszym jej znakiem było to, że Eden wciąż trzymał się charakterystyczny cynizm.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~