01.08.2024, 11:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.10.2024, 12:53 przez Atreus Bulstrode.)
Atreus był gotowy bardzo prosto podsumować, czego potrzeba do absolutne oddania. Otóż należało być skończonym idiotą. Nie powiedział jednak tego na głos, odrobinę się tylko krzywiąc. Może odrobinkę był hipokrytą, myśląc o tym w ten sposób, bo sam przecież był momentami mistrzem w udawaniu i ślepego i oddanego.
Imię Voldemorta dopiero miało zacząć wzbudzać grozę. Może nie we Florence, ani też w Atreusie, ale kolejne działania podejmowane przez Czarnego Pana miały tylko umocnić jego postulaty, a ludzie - ci zwykli i mali, byli na takie rzeczy zwyczajnie podatni. Bali się, bo nie mieli odpowiednich narzędzi żeby się bronić, a przedstawiciele prawa zwyczajnie się nie wyrabiali i mieli zbyt mało informacji. Mimo upływu lat wciąż działali na ślepo.
Zdaniem Atreusa, Grindewald miał pewną przewagę nad Voldemortem - jawił się jako osoba o wiele bardziej charyzmatyczna i zwyczajnie przyciągająca do siebie ludzi. Sam w sobie wydawał się aż tak gwałtowny i brutalny - przynajmniej nie rozsyłał pierdolonych manifestów, żeby jak najwięcej osób dowiedziało się o jego poczynaniach. Zwyczajnie nie musiał tego robić, bo radził sobie i bez tego.
Atreus spojrzał w swoją filiżankę, zaraz po tym jak dopił herbatę i zmrużył oczy. Co to, jakaś miska była? Przez moment wpatrywał się nieświadomy w wannę, która miała przynieść ze sobą rozczarowania - sam chyba nie wiedział jak celna to była zapowiedź tego, co w przyszłości miała mu przynieść wojna.
- Nie lubię typa. Ma za duży autorytet - parsknął, znacząco się przy tym krzywiąc. - Miejmy nadzieję, że nie był to zbyt duży ogień - powiedział jeszcze, trochę ciszej i bardziej neutralnie, na koniec uśmiechając się do siostry. Cokolwiek jednak miała w planach dla nich przyszłość, Atreus nie zamierzał się tak naprawdę nad tym zastanawiać. Bo zwyczajnie nie leżało to w jego naturze i zostawało mu czekać, co przyniesie los. Ale wiedział jedno, nadchodził czas, kiedy będzie trzeba wybrać między tym co dobre, a tym co łatwe. I jakkolwiek wydawało się to ciężkim zadaniem, cóż, nie byłby sobą gdyby nie patrzył na to z pewną butą.
Imię Voldemorta dopiero miało zacząć wzbudzać grozę. Może nie we Florence, ani też w Atreusie, ale kolejne działania podejmowane przez Czarnego Pana miały tylko umocnić jego postulaty, a ludzie - ci zwykli i mali, byli na takie rzeczy zwyczajnie podatni. Bali się, bo nie mieli odpowiednich narzędzi żeby się bronić, a przedstawiciele prawa zwyczajnie się nie wyrabiali i mieli zbyt mało informacji. Mimo upływu lat wciąż działali na ślepo.
Zdaniem Atreusa, Grindewald miał pewną przewagę nad Voldemortem - jawił się jako osoba o wiele bardziej charyzmatyczna i zwyczajnie przyciągająca do siebie ludzi. Sam w sobie wydawał się aż tak gwałtowny i brutalny - przynajmniej nie rozsyłał pierdolonych manifestów, żeby jak najwięcej osób dowiedziało się o jego poczynaniach. Zwyczajnie nie musiał tego robić, bo radził sobie i bez tego.
Atreus spojrzał w swoją filiżankę, zaraz po tym jak dopił herbatę i zmrużył oczy. Co to, jakaś miska była? Przez moment wpatrywał się nieświadomy w wannę, która miała przynieść ze sobą rozczarowania - sam chyba nie wiedział jak celna to była zapowiedź tego, co w przyszłości miała mu przynieść wojna.
- Nie lubię typa. Ma za duży autorytet - parsknął, znacząco się przy tym krzywiąc. - Miejmy nadzieję, że nie był to zbyt duży ogień - powiedział jeszcze, trochę ciszej i bardziej neutralnie, na koniec uśmiechając się do siostry. Cokolwiek jednak miała w planach dla nich przyszłość, Atreus nie zamierzał się tak naprawdę nad tym zastanawiać. Bo zwyczajnie nie leżało to w jego naturze i zostawało mu czekać, co przyniesie los. Ale wiedział jedno, nadchodził czas, kiedy będzie trzeba wybrać między tym co dobre, a tym co łatwe. I jakkolwiek wydawało się to ciężkim zadaniem, cóż, nie byłby sobą gdyby nie patrzył na to z pewną butą.
Koniec sesji