01.08.2024, 21:55 ✶
– To on ma chłopaka? – zdziwiła się Brenna, który nigdy nie brała Basiliusa za geja. Po pierwsze, bo w świecie czarów i latach siedemdziesiątych o pewnych rzeczach w socjecie się nie mówiło i nie była do końca świadoma, ile osób o różnych preferencjach ją otacza: owszem, może i miał pewne podejrzenia wobec brata, a Morpheus powiedział jej to i owo, ale nie zdawała sobie sprawy… jak szerokie jest to zjawisko. Po drugie, bo przecież sama zepsuła mu randkę z kobietą. No i jakby się zastanowić, Prewett był niemal idealnym kandydatem na męża – poczucie humoru, przyzwoita natura, rozum, sporo cierpliwości, dobry zawód, i wyglądał nie najgorzej.
– Najpierw chyba trzeba będzie go umyć – stwierdziła krytycznie, spoglądając na księżyc pośród gwiazd. Nie znała się za bardzo na malowaniu, ale miała wrażenie, że nałożenie farby na kurz nie będzie skuteczne: na całe szczęście mieli zaklęcia, które mogły podziałać skuteczniej niż stanie na drabinie wraz ze ścierką. Obserwowała więc teraz ten sufit, zupełnie nieświadoma przemyśleń Millie, co do własnej przydatności czy nieprzydatności. – Czeka nas tutaj w ogóle masa pracy, ale no… możemy potrzebować kryjówek, do które nie są pełne ludzi jak Warownia, i nie są tak… tak mega – mega tajne jak Strażnica.
Chociaż naprawdę miała nadzieję, że nie będą tego miejsca ostatecznie potrzebować do tajnych działań albo do ukrywania się, to musiała przygotować się na taką ewentualność. Wszyscy musieli.
– Jasne, nie krępuj się – odparła automatycznie, ani myśląc zabraniać jej rytuału, jeżeli miała na niego ochotę. Nikogo nie krzywdził, nie pomoże, to nie zaszkodzi, a skoro Millie czuła taką potrzebę, to czemu nie? Miles zawsze miała pewien pociąg do tego co nierealne i niewidoczne, do wróżenia i do spirytualizmu, co pewnie było częścią dziedzictwa Trelawneyów. Sama Brenna zresztą jakoś w Lammas czuła się trochę mniej sceptyczna do bóstw niż zwykle – chociaż nie to, że w nie na co dzień nie wierzyła. Chyba wierzyła, po prostu na ogół trochę powątpiewała w ich opiekę.
Gdy Moody krążyła więc po salonie i halu z szałwią, w ten sposób „informując” Księżycowy Staw, że nie jest już sam, Brenna zabrała się do zadania przywracania go do życia nieco bardziej pragmatycznie – zrywając płachty z mebli w salonie, jedna po drugiej, i wyrzucając za pomocą zaklęcia zgromadzony w pomieszczeniu kurz przez uchylone okno. Na inne pomieszczenia, na dokładniejsze porządku, przyjdzie czas wkrótce, gdy uda się znaleźć jakiś dzień, kiedy więcej osób będzie miało akurat wolne w pracy.
Ale już teraz, gdy znikał ten kurz, gdy narzuty odsłaniały meble, dom zdawał się... trochę mniej opuszczony.
I Brenna może ulegała wyobraźni, a tę miała w gruncie rzeczy bujną, ale mogłaby przysiąc, że w powietrzu niemal wisi atmosfera wyczekiwania.
– Najpierw chyba trzeba będzie go umyć – stwierdziła krytycznie, spoglądając na księżyc pośród gwiazd. Nie znała się za bardzo na malowaniu, ale miała wrażenie, że nałożenie farby na kurz nie będzie skuteczne: na całe szczęście mieli zaklęcia, które mogły podziałać skuteczniej niż stanie na drabinie wraz ze ścierką. Obserwowała więc teraz ten sufit, zupełnie nieświadoma przemyśleń Millie, co do własnej przydatności czy nieprzydatności. – Czeka nas tutaj w ogóle masa pracy, ale no… możemy potrzebować kryjówek, do które nie są pełne ludzi jak Warownia, i nie są tak… tak mega – mega tajne jak Strażnica.
Chociaż naprawdę miała nadzieję, że nie będą tego miejsca ostatecznie potrzebować do tajnych działań albo do ukrywania się, to musiała przygotować się na taką ewentualność. Wszyscy musieli.
– Jasne, nie krępuj się – odparła automatycznie, ani myśląc zabraniać jej rytuału, jeżeli miała na niego ochotę. Nikogo nie krzywdził, nie pomoże, to nie zaszkodzi, a skoro Millie czuła taką potrzebę, to czemu nie? Miles zawsze miała pewien pociąg do tego co nierealne i niewidoczne, do wróżenia i do spirytualizmu, co pewnie było częścią dziedzictwa Trelawneyów. Sama Brenna zresztą jakoś w Lammas czuła się trochę mniej sceptyczna do bóstw niż zwykle – chociaż nie to, że w nie na co dzień nie wierzyła. Chyba wierzyła, po prostu na ogół trochę powątpiewała w ich opiekę.
Gdy Moody krążyła więc po salonie i halu z szałwią, w ten sposób „informując” Księżycowy Staw, że nie jest już sam, Brenna zabrała się do zadania przywracania go do życia nieco bardziej pragmatycznie – zrywając płachty z mebli w salonie, jedna po drugiej, i wyrzucając za pomocą zaklęcia zgromadzony w pomieszczeniu kurz przez uchylone okno. Na inne pomieszczenia, na dokładniejsze porządku, przyjdzie czas wkrótce, gdy uda się znaleźć jakiś dzień, kiedy więcej osób będzie miało akurat wolne w pracy.
Ale już teraz, gdy znikał ten kurz, gdy narzuty odsłaniały meble, dom zdawał się... trochę mniej opuszczony.
I Brenna może ulegała wyobraźni, a tę miała w gruncie rzeczy bujną, ale mogłaby przysiąc, że w powietrzu niemal wisi atmosfera wyczekiwania.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.