02.08.2024, 07:38 ✶
Była zmęczona.
Chyba bardziej psychicznie niż fizycznie - może i wczoraj w nocy włóczyła się po lesie i ośrodku, ale bezsenna noc nie była dla niej nowością, a tej poprzedniej spała, nawet jeżeli osunęła się wtedy w koszmary, pełne lepkiej ciemności. W tej chwili dręczyły ją myśli niechciane: o tym, co pozostało z Robertsa, o tym, że powinna się stąd zebrać i zadbać o zabranie szczątek turystów z lasu, że należało upewnić się, że ściągnęli specjalistę od zabezpieczeń, który zabezpieczy dosłownie przeklęte ruiny przed turystami, i gdzieś tam jeszcze w głowie obijało się natrętnie jedno słówko: nawaliłaś.
Chwilowo jednak nie chciało się jej ruszać i postanowiła raz w życiu posłuchać medyka. Skoro kazał jej odpocząć, to odpocznie. Pół godziny, ale to zawsze coś. Pewnie miał na myśli pójście spać do jednego z domków albo nawet zebranie się do siebie, do Doliny Godryka, ale uważała, że wylegiwanie się na trawie nad wodą można było potraktować wręcz jak namiastkę urlopu. Takiego prawdziwego, nie takiego, podczas którego szukasz nekromantów na drugim końcu świata. Dobrze wypadnie taka odpowiedź, odpoczywałam nad jeziorem, jakby znowu ją pytali Thomas albo Nora, czy na pewno wypoczywa.
Odsunęła od twarzy dłoń, którą przysłaniała oczy przed słońcem, gdy usłyszała czyjeś ruchy, a potem padł na nią cień.
- Przyłapałeś mnie. Tak naprawdę jestem straszliwym leniem, po prostu umiem sprawiać dobre wrażenie - powiedziała, uśmiechając się do niego lekko. Tak naprawdę przecież nie siedziała ciągle w pracy, po prostu pewne rzeczy... robiła po godzinach i czasem w ich wyniku lądowała w Ministerstwie z nową sprawą. A czasem coś zagrzebywała głęboko pod ziemią. - To chyba ja powinnam o to pytać? To ty spędziłeś długie godziny w jakichś przeklętych, pełnych głosów ruinach.
Nie wiedziała może, co szeptały mu do ucha, ale widziała, jak on i Patrick wyglądali, i doskonale pamiętała, co powiedział Stewarda. Czaszka broniła się, a może nawet usiłowała ich w jakichś sposób złamać i nagiąć do swojej woli. Nie bez powodu przecież nie zaatakowali ich po drodze nieumarli.
- Basilius tu przed chwilą był, właśnie poszedł się przespać. Najwyraźniej korzenie wciągnęły go pod ziemię tak jak Bagshota. Znaleźli go z paroma innymi osobami, które też tak skończyły. Zginął... zginął tylko Roberts. A zła magia podobno opadła, rośliny nie są już mordercze i wszyscy będą żyć długo i szczęśliwie.
Ostatnie słowa zabrzmiały odrobinę sarkastycznie. Brenna lubiła baśnie, a niektóre elementy tej historii były niemal baśniowe. I tak jak w tych prawdziwych baśniach, było tu wiele mroku, a długo i szczęśliwie brzmiało jak kłamliwa obietnica.
Chyba bardziej psychicznie niż fizycznie - może i wczoraj w nocy włóczyła się po lesie i ośrodku, ale bezsenna noc nie była dla niej nowością, a tej poprzedniej spała, nawet jeżeli osunęła się wtedy w koszmary, pełne lepkiej ciemności. W tej chwili dręczyły ją myśli niechciane: o tym, co pozostało z Robertsa, o tym, że powinna się stąd zebrać i zadbać o zabranie szczątek turystów z lasu, że należało upewnić się, że ściągnęli specjalistę od zabezpieczeń, który zabezpieczy dosłownie przeklęte ruiny przed turystami, i gdzieś tam jeszcze w głowie obijało się natrętnie jedno słówko: nawaliłaś.
Chwilowo jednak nie chciało się jej ruszać i postanowiła raz w życiu posłuchać medyka. Skoro kazał jej odpocząć, to odpocznie. Pół godziny, ale to zawsze coś. Pewnie miał na myśli pójście spać do jednego z domków albo nawet zebranie się do siebie, do Doliny Godryka, ale uważała, że wylegiwanie się na trawie nad wodą można było potraktować wręcz jak namiastkę urlopu. Takiego prawdziwego, nie takiego, podczas którego szukasz nekromantów na drugim końcu świata. Dobrze wypadnie taka odpowiedź, odpoczywałam nad jeziorem, jakby znowu ją pytali Thomas albo Nora, czy na pewno wypoczywa.
Odsunęła od twarzy dłoń, którą przysłaniała oczy przed słońcem, gdy usłyszała czyjeś ruchy, a potem padł na nią cień.
- Przyłapałeś mnie. Tak naprawdę jestem straszliwym leniem, po prostu umiem sprawiać dobre wrażenie - powiedziała, uśmiechając się do niego lekko. Tak naprawdę przecież nie siedziała ciągle w pracy, po prostu pewne rzeczy... robiła po godzinach i czasem w ich wyniku lądowała w Ministerstwie z nową sprawą. A czasem coś zagrzebywała głęboko pod ziemią. - To chyba ja powinnam o to pytać? To ty spędziłeś długie godziny w jakichś przeklętych, pełnych głosów ruinach.
Nie wiedziała może, co szeptały mu do ucha, ale widziała, jak on i Patrick wyglądali, i doskonale pamiętała, co powiedział Stewarda. Czaszka broniła się, a może nawet usiłowała ich w jakichś sposób złamać i nagiąć do swojej woli. Nie bez powodu przecież nie zaatakowali ich po drodze nieumarli.
- Basilius tu przed chwilą był, właśnie poszedł się przespać. Najwyraźniej korzenie wciągnęły go pod ziemię tak jak Bagshota. Znaleźli go z paroma innymi osobami, które też tak skończyły. Zginął... zginął tylko Roberts. A zła magia podobno opadła, rośliny nie są już mordercze i wszyscy będą żyć długo i szczęśliwie.
Ostatnie słowa zabrzmiały odrobinę sarkastycznie. Brenna lubiła baśnie, a niektóre elementy tej historii były niemal baśniowe. I tak jak w tych prawdziwych baśniach, było tu wiele mroku, a długo i szczęśliwie brzmiało jak kłamliwa obietnica.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.