02.08.2024, 09:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.10.2024, 18:49 przez Brenna Longbottom.)
– To na pewno się przyda podczas akcji, Alek chyba zna rozkład tych mieszkań, ale no… należą do Moodych. Cholera wie, ilu aurorom na akcje podała adresy Harper albo kogo zapraszał do nich wasz kuzyn – mruknęła Brenna, składając jedną z płacht. – Potrzebujemy czegoś, co będzie nasze. Jak Strażnica.
Księżycowy Staw nie miał być teraz taką posiadłością, jaką był kiedyś. Nie będą urządzali tu bali, nie będzie rodzinnych obiadów w jadalni, dzieci w ogrodzie ani eleganckich gości czy malarzy, rozstawiających w salonie sztalugi, aby uwiecznić na płótnie przedstawicieli rodu. Będzie kryjówką, miejscem snucia planów, opatrywania ran, treningów, ale też – bo Zakon Feniksa to byli ludzie, i napełnią to miejsce swoją obecnością – pełnym śmiechów, kaw wypijanych na tarasowych schodach, kanapek przygotowany w pośpiechu w kuchni.
W przypływie rzadkiego sobie optymizmu pomyślała, że może kiedyś, kiedy wojna się skończy, mógłby stać się czymś więcej. Że może gdyby wypadało opuścić Warownię, zostawić ją prawowitym dziedzicom i ich rodzinom, obojętnie czy będą to Erik, czy może raczej młody Frank, mogłaby osiąść i tutaj. Ale ta myśl znikła zaraz – oczy Brenny nie widziały rychłego końca wojny, a spoglądały na te całe lata w przeszłości, gdy walka z Grindewaldem trwała dobrą dekadę. Jeśli chciała spojrzeć w przód, dostrzegała głównie kłębiącą się przed nimi ciemność.
Ale i tak odetchnęła z jakąś dziwną ulgą, gdy Millie powiedziała, że kocha to miejsce. Nawet nie dlatego, że ktoś popierał jej wybór. Millie po prostu nawet przed Beltane zdawała się otoczona ciemnością i zagubiona, rzucane wiatrem w różne strony, niby nie przejmująca się niczym, a jednak nie mogąca złapać równowagi.
Dobrze, że było coś, co wzbudzało w niej radość, nawet jeżeli tym czymś był budynek. Jeżeli Millie miała ochotę wybrać sobie pokój i traktować to miejsce jak swój dom, Brenna nie zamierzała protestować – każdy potrzebował domu, a że dom to często ludzie, nie tylko ściany, mogła się dzielić. Jak od dawna wiele osób dzieliło Warownię.
– Jasne, dlaczego nie? – powiedziała, przykucając przy swojej torbie, by wyjąć z niej świecę, kupioną od Sebastiana i woreczek ziół. Może było coś w atmosferze Lammas, że nawet Brenna, nie wierząca zbytnio w moc modłów, była skłonna zaufać im odrobinę bardziej. Ustawiła świecę na dawno nieużywanym stole, przy którym niegdyś siadali Juliusowie, odpaliła ją różdżką, a potem faktycznie bezgłośnym szeptem odmówiła modlitwę – z prośbą o bezpieczeństwo raczej dla ludzi niż budynków, chociaż jej myśli uciekły do innego miejsca niż Księżycowy Staw, skoro dla tego domu o błogosławieństwo Matki już prosiła Millie Moody, a o Warownię modlili się tego dnia ci, którzy spędzali tam wieczór.
Księżycowy Staw nie miał być teraz taką posiadłością, jaką był kiedyś. Nie będą urządzali tu bali, nie będzie rodzinnych obiadów w jadalni, dzieci w ogrodzie ani eleganckich gości czy malarzy, rozstawiających w salonie sztalugi, aby uwiecznić na płótnie przedstawicieli rodu. Będzie kryjówką, miejscem snucia planów, opatrywania ran, treningów, ale też – bo Zakon Feniksa to byli ludzie, i napełnią to miejsce swoją obecnością – pełnym śmiechów, kaw wypijanych na tarasowych schodach, kanapek przygotowany w pośpiechu w kuchni.
W przypływie rzadkiego sobie optymizmu pomyślała, że może kiedyś, kiedy wojna się skończy, mógłby stać się czymś więcej. Że może gdyby wypadało opuścić Warownię, zostawić ją prawowitym dziedzicom i ich rodzinom, obojętnie czy będą to Erik, czy może raczej młody Frank, mogłaby osiąść i tutaj. Ale ta myśl znikła zaraz – oczy Brenny nie widziały rychłego końca wojny, a spoglądały na te całe lata w przeszłości, gdy walka z Grindewaldem trwała dobrą dekadę. Jeśli chciała spojrzeć w przód, dostrzegała głównie kłębiącą się przed nimi ciemność.
Ale i tak odetchnęła z jakąś dziwną ulgą, gdy Millie powiedziała, że kocha to miejsce. Nawet nie dlatego, że ktoś popierał jej wybór. Millie po prostu nawet przed Beltane zdawała się otoczona ciemnością i zagubiona, rzucane wiatrem w różne strony, niby nie przejmująca się niczym, a jednak nie mogąca złapać równowagi.
Dobrze, że było coś, co wzbudzało w niej radość, nawet jeżeli tym czymś był budynek. Jeżeli Millie miała ochotę wybrać sobie pokój i traktować to miejsce jak swój dom, Brenna nie zamierzała protestować – każdy potrzebował domu, a że dom to często ludzie, nie tylko ściany, mogła się dzielić. Jak od dawna wiele osób dzieliło Warownię.
– Jasne, dlaczego nie? – powiedziała, przykucając przy swojej torbie, by wyjąć z niej świecę, kupioną od Sebastiana i woreczek ziół. Może było coś w atmosferze Lammas, że nawet Brenna, nie wierząca zbytnio w moc modłów, była skłonna zaufać im odrobinę bardziej. Ustawiła świecę na dawno nieużywanym stole, przy którym niegdyś siadali Juliusowie, odpaliła ją różdżką, a potem faktycznie bezgłośnym szeptem odmówiła modlitwę – z prośbą o bezpieczeństwo raczej dla ludzi niż budynków, chociaż jej myśli uciekły do innego miejsca niż Księżycowy Staw, skoro dla tego domu o błogosławieństwo Matki już prosiła Millie Moody, a o Warownię modlili się tego dnia ci, którzy spędzali tam wieczór.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.