02.08.2024, 20:25 ✶
– W Biurze Brygady jest taka fajna sala, z kanapą, da się na niej całkiem wygodnie przespać, a wydziałowy uzdrowiciel od pierwszej pomocy zawsze trzyma w szafce kocyk – odparła. W gruncie rzeczy to nie tak, że była na dyżurach aż tak często, pewne sprawy dla zakonu należało załatwiać po cichu, po prostu… czasem pojawiały się niespodziewane nadgodziny. Na przykład szła przed pracą sprawdzić jedną rzecz, a potem omal nie tonęły z Olivią i wpadała do biura cała mokra, że w sumie to trzeba by się tym zająć. – Jak komuś urwie rękę, to też mogło być gorzej, bo mogło na przykład urwać dwie i nogę na dodatek – stwierdziła, unosząc się do pozycji półleżącej, podpierając łokcie o trawę, tę przedziwną, nadmiernie wyrośniętą roślinność, dla niego błyszczącą od fioletu, oplatającego także Brennę. – A ten drań to naprawdę był skurwiel, z masą chorych pomysłów.
I miała ochotę zapytać po raz kolejny, czy na pewno wszystko dobrze, ale to trochę byłoby namolne, a trochę po prostu domyślała się, że nie, wcale dobrze nie było, nie tak do końca, i zupełnie nie wiedziała, co mogłaby zrobić, żeby z tym pomóc.
Nie było w tym fałszu. To nie tak, że ten nie pojawiał się w jej zachowaniach nigdy i pod żadnym pozorem, ale objawiał głównie w uprzejmym „dzień dobry” dla Stanleya, gdy chciała powiedzieć „a żebyś zdechł”. Nie siliła się jednak na nawiązywanie przyjaznych kontaktów z ludźmi, z którymi nie chciała mieć nic wspólnego, a już w jej postępowaniu wobec Atreusa nigdy nie było miejsca na zimną kalkulację. Prędzej może czasem na nadmiernie dużo myślenia, czy ona w ogóle zna choć trochę jego, czy jakąś stworzoną przez magię wersję, zarzucania samej sobie głupoty, w rotacji z niemyśleniem wcale.
Do licha, nawet go nie okłamywała. Nie odpowiadała, gdy nie pytał, i ani myślała narzekać, że chyba pewnych rzeczy wolał nie wiedzieć i że raczej nie wpadnie na pytanie „ej, czy działasz w podziemnym ruchu oporu?”, ale zapytana przyznała się nawet do bycia nadawcą wiadomości wypisanej koślawym pismem skrzatki domowej.
– Zupełnie nie czuję różnicy – powiedziała, opuszczając wzrok na własną dłoń, jakby miała dostrzec fiolet wijący się po palcach. Pozytywne emocje wobec ludzi i Patricka były dla niej naturalne, a nie umiała dostrzec tej subtelnej, nasilającej wszystko zmiany. – Nie mam pojęcia, co ten fiolet miałby w ogóle robić, nie pozwalać po prostu nam się na kogoś rzucić?
Z jej ust wydobyło się westchnienie, gdy wspomniał o księżniczce i księciu.
Miała wyrzuty sumienia z powodu Robertsa. Ale historia Triony, nawet jeśli wydarzyła się dawno temu, tkwiła teraz w Brennie jak cierń.
Widmowidzom ciężko było powiedzieć „to po prostu przeszłość”.
– Księżniczka zginęła bardzo dawno temu, spalona na stosie, a jej poświecenie to źródło fioletu. I to książę zaprowadził ją na stos – stwierdziła cicho, zwracając spojrzenie w stronę jeziora, w którym czerń dopiero stopniowo zanikała, po tym, jak zdołała wygrać w wodzie.
I miała ochotę zapytać po raz kolejny, czy na pewno wszystko dobrze, ale to trochę byłoby namolne, a trochę po prostu domyślała się, że nie, wcale dobrze nie było, nie tak do końca, i zupełnie nie wiedziała, co mogłaby zrobić, żeby z tym pomóc.
Nie było w tym fałszu. To nie tak, że ten nie pojawiał się w jej zachowaniach nigdy i pod żadnym pozorem, ale objawiał głównie w uprzejmym „dzień dobry” dla Stanleya, gdy chciała powiedzieć „a żebyś zdechł”. Nie siliła się jednak na nawiązywanie przyjaznych kontaktów z ludźmi, z którymi nie chciała mieć nic wspólnego, a już w jej postępowaniu wobec Atreusa nigdy nie było miejsca na zimną kalkulację. Prędzej może czasem na nadmiernie dużo myślenia, czy ona w ogóle zna choć trochę jego, czy jakąś stworzoną przez magię wersję, zarzucania samej sobie głupoty, w rotacji z niemyśleniem wcale.
Do licha, nawet go nie okłamywała. Nie odpowiadała, gdy nie pytał, i ani myślała narzekać, że chyba pewnych rzeczy wolał nie wiedzieć i że raczej nie wpadnie na pytanie „ej, czy działasz w podziemnym ruchu oporu?”, ale zapytana przyznała się nawet do bycia nadawcą wiadomości wypisanej koślawym pismem skrzatki domowej.
– Zupełnie nie czuję różnicy – powiedziała, opuszczając wzrok na własną dłoń, jakby miała dostrzec fiolet wijący się po palcach. Pozytywne emocje wobec ludzi i Patricka były dla niej naturalne, a nie umiała dostrzec tej subtelnej, nasilającej wszystko zmiany. – Nie mam pojęcia, co ten fiolet miałby w ogóle robić, nie pozwalać po prostu nam się na kogoś rzucić?
Z jej ust wydobyło się westchnienie, gdy wspomniał o księżniczce i księciu.
Miała wyrzuty sumienia z powodu Robertsa. Ale historia Triony, nawet jeśli wydarzyła się dawno temu, tkwiła teraz w Brennie jak cierń.
Widmowidzom ciężko było powiedzieć „to po prostu przeszłość”.
– Księżniczka zginęła bardzo dawno temu, spalona na stosie, a jej poświecenie to źródło fioletu. I to książę zaprowadził ją na stos – stwierdziła cicho, zwracając spojrzenie w stronę jeziora, w którym czerń dopiero stopniowo zanikała, po tym, jak zdołała wygrać w wodzie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.