11.01.2023, 14:44 ✶
Miała wiele spraw do załatwienia tego wieczoru w Londynie. W związku z faktem, że w końcu podjęła pracę, która była choć w minimalnym stopniu zbliżona do tego, co robiła w USA, rozpierała ja radość. W końcu zaczynała widzieć coś więcej niż wyłącznie bezsens sytuacji, w której się znalazła, a która była spowodowana podjętymi przez nią, irracjonalnymi działaniami. Jej świat powoli ponownie nabierał kolorów i miała nadzieję, że z czasem będzie wyłącznie lepiej.
Szła przed siebie, pogwizdując cicho pod nosem i uśmiechając się. Co niedługo przerywała gwizdaną melodię, aby zaciągnąć się jeszcze raz tlącym się między palcami papierosem. Ktoś mógłby nawet uznać ją za wariatkę, patrząc na jej zachowanie. W czasach, gdy ludzie byli coraz bardziej zestresowani wszystkim wokół ona wydawała się irracjonalnie beztroska, co prawdopodobnie mogłoby budzić irytację. Tyle że Sophie nieszczególnie się tym faktem przejmowała.
Zmierzała w stronę dziurawego kotła. Cel był prosty; Sophie zamierzała napić się szklaneczkę czegoś mocniejszego, w ramach uczczenia swojego małego sukcesu, a potem zamierzała udać się na górę, aby odpocząć przed zbliżającym się pierwszym dniem pracy.
Właśnie dochodziła do budynku widocznego tylko dla czarodziejów, kiedy dostrzegła mężczyznę, który wyglądał jak stos nieszczęścia. Prawdopodobnie nawet nie zwróciła by na niego uwagi, gdyby nie kilka, charakterystycznych cech wyglądu, które odznaczały się na nim nawet w jego obecnym stanie. Cały wesoły nastrój opuścił ją, jakby właśnie na ulicy pojawili się dementorzy, kiedy zrozumiała, z kim ma do czynienia. Odrzuciła wciąż tlącego się papierosa i podbiegła do Castiela.
- Merlinie, co ci się kurwa stało?! - Sophie nie była osobą, która bawiła by się w półśrodki; często waliła z grubej rury. Od razu odsunęła brudne ręce od twarzy chłopaka, usiadła obok niego na ławce. Serce stanęło jej na moment, gdy zobaczyła jego zbolałe oczy. - Cas... Co... co się stało? - Zapytała o wiele delikatniej niż jeszcze kilka sekund temu.
Szła przed siebie, pogwizdując cicho pod nosem i uśmiechając się. Co niedługo przerywała gwizdaną melodię, aby zaciągnąć się jeszcze raz tlącym się między palcami papierosem. Ktoś mógłby nawet uznać ją za wariatkę, patrząc na jej zachowanie. W czasach, gdy ludzie byli coraz bardziej zestresowani wszystkim wokół ona wydawała się irracjonalnie beztroska, co prawdopodobnie mogłoby budzić irytację. Tyle że Sophie nieszczególnie się tym faktem przejmowała.
Zmierzała w stronę dziurawego kotła. Cel był prosty; Sophie zamierzała napić się szklaneczkę czegoś mocniejszego, w ramach uczczenia swojego małego sukcesu, a potem zamierzała udać się na górę, aby odpocząć przed zbliżającym się pierwszym dniem pracy.
Właśnie dochodziła do budynku widocznego tylko dla czarodziejów, kiedy dostrzegła mężczyznę, który wyglądał jak stos nieszczęścia. Prawdopodobnie nawet nie zwróciła by na niego uwagi, gdyby nie kilka, charakterystycznych cech wyglądu, które odznaczały się na nim nawet w jego obecnym stanie. Cały wesoły nastrój opuścił ją, jakby właśnie na ulicy pojawili się dementorzy, kiedy zrozumiała, z kim ma do czynienia. Odrzuciła wciąż tlącego się papierosa i podbiegła do Castiela.
- Merlinie, co ci się kurwa stało?! - Sophie nie była osobą, która bawiła by się w półśrodki; często waliła z grubej rury. Od razu odsunęła brudne ręce od twarzy chłopaka, usiadła obok niego na ławce. Serce stanęło jej na moment, gdy zobaczyła jego zbolałe oczy. - Cas... Co... co się stało? - Zapytała o wiele delikatniej niż jeszcze kilka sekund temu.