03.08.2024, 09:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.08.2024, 13:27 przez Brenna Longbottom.)
Światło zgasło.
W tych kilku sekundach, jakie upłynęły pomiędzy zapadnięciem mroku, a wyciągnięciem różdżki przez kobietę z recepcji i rzuceniem lumos, rozległ się huk, przekleństwo, a gdy światło wróciło, Brenna wciąż stała, Basilius wciąż stał, dwie kobiety siedząca w poczekalni dalej siedziały, za to bohaterski uzdrowiciel zbierał się z podłogi. Brenna w pierwszym odruchu ruszyła w jego stronę, chcąc mu pomóc, ale zamarła zaraz, uświadamiając sobie, że ciążąca na niej klątwa i ktoś, kto najwyraźniej potknął się w mroku i rozbił sobie głowę, to złe połączenie.
Może to był tylko przypadek.
Może efekt klątwy, którą prawdopodobnie oberwała Brenna.
A może los postanowił się upewnić, że jednak mimo tej nagłej zmiany zdania, nikt tutaj przypadkiem nie interweniuje.
– Szlag – mruknął uzdrowiciel, przyciskając rękę do guza, powoli tworzącego się na czole. – Muszę iść to naprawić – powiedział, wstając i obrzucając trochę podejrzliwym spojrzeniem Basiliusa, potem Brennę, która spoglądała na niego przepraszająco. Tak na wszelki wypadek nie poruszyła się, dopóki mężczyzna nie drgnął, a dopiero potem ruszyła za Prewettem w stronę schodów.
– Jak tam ostatnio w Mungu? Atmosferę w kraju mamy trochę nerwową, to pewnie więcej ofiar pojedynków i takie tam? - zagaiła, zaczynając wchodzić po schodach, jakoś tak trochę ostrożniej niż robiła to zwykle, bo zwykle po nich wbiegała, i to czasem skacząc przez stopnie. Ale to i tak nie wchodziło w grę, bo wyprzedziłaby wtedy Basiliusa. – Znalazłeś coś w książkach o przekleństwie piątku trzynastego? Nie znalazłam nic o klątwach, ale jak w zeszłym tygodniu patrzyłam, to odkryłam, że oboje cierpimy prawdopodobnie na paraskewidekatriafobię, chociaż właściwie to chyba bardziej ty niż ja, bo ja trochę przywykłam. I że w sumie to mamy szczęście, w sensie że to tylko piątek, i dziwne daty, bo to mógłby być też piątek siedemnastego, we Włoszech uznają za pechowy właśnie siedemnasty, nie trzynasty… – plotła sobie radośnie, po swojemu, a potem nagle urwała, bo dostrzegła, że po schodach schodzi pielęgniarka, lewitująca za sobą dużo pudeł, które wyglądały na bardzo, bardzo ciężkie. I Brenna, nauczona doświadczeniami ostatnich dwóch godzin, już wiedziała, co zaraz się stanie.
– Pod ścianę – nakazała ostro Basiliusowi, akurat na ułamek sekundy przed tym, jak pielęgniarka straciła kontrolę nad czarem. Jedno pudło opadło na stopień, ale dwa kolejne poleciały w dół – prosto w Brennę, która w ostatniej chwili, chyba tylko dlatego, że się spodziewała, prysnęła na bok, wpadając na poręcz, ale uniknęła stoczenia się w dół z jakichś dziesięciu stopni. I walnięcia zapewne ciężkimi pudłami.
W tych kilku sekundach, jakie upłynęły pomiędzy zapadnięciem mroku, a wyciągnięciem różdżki przez kobietę z recepcji i rzuceniem lumos, rozległ się huk, przekleństwo, a gdy światło wróciło, Brenna wciąż stała, Basilius wciąż stał, dwie kobiety siedząca w poczekalni dalej siedziały, za to bohaterski uzdrowiciel zbierał się z podłogi. Brenna w pierwszym odruchu ruszyła w jego stronę, chcąc mu pomóc, ale zamarła zaraz, uświadamiając sobie, że ciążąca na niej klątwa i ktoś, kto najwyraźniej potknął się w mroku i rozbił sobie głowę, to złe połączenie.
Może to był tylko przypadek.
Może efekt klątwy, którą prawdopodobnie oberwała Brenna.
A może los postanowił się upewnić, że jednak mimo tej nagłej zmiany zdania, nikt tutaj przypadkiem nie interweniuje.
– Szlag – mruknął uzdrowiciel, przyciskając rękę do guza, powoli tworzącego się na czole. – Muszę iść to naprawić – powiedział, wstając i obrzucając trochę podejrzliwym spojrzeniem Basiliusa, potem Brennę, która spoglądała na niego przepraszająco. Tak na wszelki wypadek nie poruszyła się, dopóki mężczyzna nie drgnął, a dopiero potem ruszyła za Prewettem w stronę schodów.
– Jak tam ostatnio w Mungu? Atmosferę w kraju mamy trochę nerwową, to pewnie więcej ofiar pojedynków i takie tam? - zagaiła, zaczynając wchodzić po schodach, jakoś tak trochę ostrożniej niż robiła to zwykle, bo zwykle po nich wbiegała, i to czasem skacząc przez stopnie. Ale to i tak nie wchodziło w grę, bo wyprzedziłaby wtedy Basiliusa. – Znalazłeś coś w książkach o przekleństwie piątku trzynastego? Nie znalazłam nic o klątwach, ale jak w zeszłym tygodniu patrzyłam, to odkryłam, że oboje cierpimy prawdopodobnie na paraskewidekatriafobię, chociaż właściwie to chyba bardziej ty niż ja, bo ja trochę przywykłam. I że w sumie to mamy szczęście, w sensie że to tylko piątek, i dziwne daty, bo to mógłby być też piątek siedemnastego, we Włoszech uznają za pechowy właśnie siedemnasty, nie trzynasty… – plotła sobie radośnie, po swojemu, a potem nagle urwała, bo dostrzegła, że po schodach schodzi pielęgniarka, lewitująca za sobą dużo pudeł, które wyglądały na bardzo, bardzo ciężkie. I Brenna, nauczona doświadczeniami ostatnich dwóch godzin, już wiedziała, co zaraz się stanie.
– Pod ścianę – nakazała ostro Basiliusowi, akurat na ułamek sekundy przed tym, jak pielęgniarka straciła kontrolę nad czarem. Jedno pudło opadło na stopień, ale dwa kolejne poleciały w dół – prosto w Brennę, która w ostatniej chwili, chyba tylko dlatego, że się spodziewała, prysnęła na bok, wpadając na poręcz, ale uniknęła stoczenia się w dół z jakichś dziesięciu stopni. I walnięcia zapewne ciężkimi pudłami.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.