03.08.2024, 12:03 ✶
Poderwałem się ze swojego miejsca, kiedy Laurent się zakrztusił. Z mojej perspektywy wyglądało to naprawdę poważnie, a wiedziałem, że z takimi rzeczami nie było żartów. Byłem pewien, że to w dodatku przez moje słowa, brutalnie szczere, do czego Laurent raczej nie przywykł. Zapewne jego życie ubrane było w idealne słówka. Wszystko dotychczas mogło działać jak w zegarku, pozornie mogło tak działać..., ale nic nie było tak perfekcyjnie, tak idealne. Nawet zegarki się psuły, potrzebowały, naprawy, wymiany pewnych części albo wyrzucenia na śmieci.
- Nie masz mnie za co przepraszać - odpowiedziałem mu zaraz. Tak trwałem w jego pobliżu, za bardzo nie wiedząc, co będzie najodpowiedniejszym w tym położeniu. Przydałby się prędzej ktoś ciepły o bardzo dobrym sercu, ktoś, kto nie miał krwi na rękach, kto się nią nie żywił, ktoś o delikatnym głosie, kto mógł nim koić, topić serca, a może nawet ktoś, kto mógł wyśliznąć z tej głowy troski...? Chociaż jeśli o mnie chodziło, uważałem, że ból hartował. Pewnie gdybym bliżej przyjrzał się swojemu położeniu, gdybym mógł usłyszeć przemyślenia Laurenta, to doszedłbym do wniosku, że ból i cierpienie hartowało, że robiło prawdziwego człowieka z człowieka.
A może tak naprawdę niczego nie zmieniało? Może błądziliśmy, próbując jakoś to wszystko usprawiedliwić, nadać krzywdom jakiegoś sensu, którego tak naprawdę nie miały?
- Myślę, że z dwojga złego lepiej, kiedy ty gryziesz niż ja - odparłem jak najdelikatniej potrafiłem. Położyłem dłoń na jego ramieniu, jakbym chciał mu dodać otuchy. Chciałem. - Gdybym to ja ugryzł Blacka, to miałbyś dwóch znajomych mniej... Prawdopodobnie - dodałem, zastanawiając się, czy to go pocieszy, czy raczej nie.
Mnie z kolei zastanawiała ta sytuacja od jakiegoś czasu. Oni - Blackowie - mieli trującą krew. Zastanawiałem się, czy bym coś poczuł z jej czarnej magii, czy jakoś by mi zaszkodziła, może odurzyła albo zabiła, czy nie poczułbym nic, bo krew dodawała mi przede wszystkim życia, wręcz uskrzydlała. Nie miałem odwagi mówić teraz o tym Laurentowi. Nie było to na miejscu.
- Chcesz się położyć spać? Jesteś po prostu zmęczony. Było zbyt dużo wrażeń - zaproponowałem, łapiąc za jeden z ręczników i wstając niespiesznie.
- Ja z reguły chodzę spać w takich momentach, kiedy myśli jest już zbyt dużo, kiedy potrzebuję odetchnąć, odświeżyć głowę. I to pomaga, o ile nie śnią się koszmary... Ale mogę z tobą zostać. Będę ci szeptał do ucha słodkie słówka, żeby śniły ci się bajki o księżniczkach i książętach - zaproponowałem, podając mu dłoń, żeby wstał. Zamierzałem go otulić ręcznikiem. - Przed snem napij się mocnego alkoholu. Szklankę czy dwie. To rozrzedza myśli... Robi je kosmatymi. Brakuje mi tego uczucia, haha. Kosmate - to nie mój wymysł, tylko od znajomych hipisów. Mugoli, w sensie. Takich o luźnym podejściu do świata i społeczeństwa - wyjaśniłem zaraz z delikatnym, nikłym uśmiechem, bo to przywoływało dobre wspomnienia. Między innymi jedną z moich największych miłości - Janis Joplin, której nawet nie zdążyłem ucałować. Świat bywał podły.
- Nie masz mnie za co przepraszać - odpowiedziałem mu zaraz. Tak trwałem w jego pobliżu, za bardzo nie wiedząc, co będzie najodpowiedniejszym w tym położeniu. Przydałby się prędzej ktoś ciepły o bardzo dobrym sercu, ktoś, kto nie miał krwi na rękach, kto się nią nie żywił, ktoś o delikatnym głosie, kto mógł nim koić, topić serca, a może nawet ktoś, kto mógł wyśliznąć z tej głowy troski...? Chociaż jeśli o mnie chodziło, uważałem, że ból hartował. Pewnie gdybym bliżej przyjrzał się swojemu położeniu, gdybym mógł usłyszeć przemyślenia Laurenta, to doszedłbym do wniosku, że ból i cierpienie hartowało, że robiło prawdziwego człowieka z człowieka.
A może tak naprawdę niczego nie zmieniało? Może błądziliśmy, próbując jakoś to wszystko usprawiedliwić, nadać krzywdom jakiegoś sensu, którego tak naprawdę nie miały?
- Myślę, że z dwojga złego lepiej, kiedy ty gryziesz niż ja - odparłem jak najdelikatniej potrafiłem. Położyłem dłoń na jego ramieniu, jakbym chciał mu dodać otuchy. Chciałem. - Gdybym to ja ugryzł Blacka, to miałbyś dwóch znajomych mniej... Prawdopodobnie - dodałem, zastanawiając się, czy to go pocieszy, czy raczej nie.
Mnie z kolei zastanawiała ta sytuacja od jakiegoś czasu. Oni - Blackowie - mieli trującą krew. Zastanawiałem się, czy bym coś poczuł z jej czarnej magii, czy jakoś by mi zaszkodziła, może odurzyła albo zabiła, czy nie poczułbym nic, bo krew dodawała mi przede wszystkim życia, wręcz uskrzydlała. Nie miałem odwagi mówić teraz o tym Laurentowi. Nie było to na miejscu.
- Chcesz się położyć spać? Jesteś po prostu zmęczony. Było zbyt dużo wrażeń - zaproponowałem, łapiąc za jeden z ręczników i wstając niespiesznie.
- Ja z reguły chodzę spać w takich momentach, kiedy myśli jest już zbyt dużo, kiedy potrzebuję odetchnąć, odświeżyć głowę. I to pomaga, o ile nie śnią się koszmary... Ale mogę z tobą zostać. Będę ci szeptał do ucha słodkie słówka, żeby śniły ci się bajki o księżniczkach i książętach - zaproponowałem, podając mu dłoń, żeby wstał. Zamierzałem go otulić ręcznikiem. - Przed snem napij się mocnego alkoholu. Szklankę czy dwie. To rozrzedza myśli... Robi je kosmatymi. Brakuje mi tego uczucia, haha. Kosmate - to nie mój wymysł, tylko od znajomych hipisów. Mugoli, w sensie. Takich o luźnym podejściu do świata i społeczeństwa - wyjaśniłem zaraz z delikatnym, nikłym uśmiechem, bo to przywoływało dobre wspomnienia. Między innymi jedną z moich największych miłości - Janis Joplin, której nawet nie zdążyłem ucałować. Świat bywał podły.