03.08.2024, 17:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.08.2024, 17:18 przez Brenna Longbottom.)
W pierwszej sekundzie nawet nie potraktowała jego słów szczególnie poważnie, mogłaby zbyć je nawet jakimś krótkim „co za bzdura” – bo to przecież były głosy z czaszki, i jak ktokolwiek, kto był im bliski mógłby uznać, że nie powinni wracać z Limbo. Może jacyś naukowcy czy specjaliści od Limbo, ale nawet nie kapłani, co zdawali się tak Zimnymi zachwyceni, ale nie ludzie, których znali. W kolejnej dotarło do niej jednak, że jeśli ta czerń zalewała ludzi i nie zauważali nawet, że negatywne emocje nie należą do nich, jeżeli sprawiła, że Basilius kłócił się z niedźwiedziem, pełen wściekłości, a Atreus z jakichś powodów uznał, że Millie knuje przeciwko niemu, to te głosy wzmocnione magią mogły mieć większą siłę przebicia niż się wydawało. I że nawet jeśli Atreus zdawał się mało przejmować tym, co myślą inni ludzie, to gdy na dodatek do tego wahania wyłapała nerwowy gest, uświadomiła sobie, że chyba niekoniecznie by o tym mówił bez powodów, doszła do wniosku, że… tym razem jednak się przejął.
Może chodziło o czarną magię, może o celność ciosów, a może o wszystko na raz.
– Wyciągała to z głów waszych, nie ludzi, których głosy słyszeliście – powiedziała w końcu, podnosząc się do pozycji siedzącej, starając przy tym nie dotknąć ziemi wnętrzem świeżo naprawionych przez Basiliusa dłoni. – Jeśli ktoś ci bliski cudem unika śmierci, to się z tego cieszysz, nie żałujesz. Oczywiście, że powinniście wrócić z Limbo. Narzekać na to mogą Voldemort i może jeszcze Nott, nie wasi bliscy.
Może gdyby Zimni byli jej obcy, uznałaby że to jakaś abominacja. Może gdzieś tam, w Lesie Wisielców, Szeptucha miała powiedzieć komuś, że ktoś, kto wszedł do świata umarłych, nie powinien stamtąd wyjść żywy. Może w innych okolicznościach zgodziłaby się z nią: może uznałaby, że powrót funkcjonariuszy z Limbo to anomalia. Brenna tego nie wiedziała, ponieważ zwyczajnie za bardzo chciała, żeby te konkretne osoby żyły, by choć przez moment się zastanawiać nad całą sprawą w innym kontekście niż pozbycie się tego całego zimna i wspomnień, tkwiących w głowach trzech z czterech osób. Świat na razie się nie zawalał z ich powodu, anomalie występujące po Beltane stawały się słabsze – nie wiało już tak w Dolinie, nie pojawiały się duchy ani halucynacje, magia rytuału mijała, nawet jeśli byli źródłem problemu, natura zdawała się wracać do równowagi.
– To zaklęcie szalonego starca, który śmiał się patrząc, jak utopce rozrywają ludzi na kawałki – dodała, pochylając się lekko w jego stronę i palcem szturchając ramię. Kogokolwiek innego objęłaby pewnie po prostu, ale Atreus jakoś zawsze zdawał się kimś, kto nie lubi okazywać słabości i wcale nie była pewna, czy przyjąłby dobrze taką próbę pocieszenia. – Na pewno mocne, bo drań znał się na nekromancji, ale to mało wiarygodny gość, jeśli chodzi o wyrokowanie, co myślą o tobie ludzie – powiedziała. Może nie musiała. Na pewno to wiedział. Ale czasem dobrze było usłyszeć coś, co się wie, od kogoś innego.
Jego teoria brzmiała prawdopodobnie – może Basilius był odrobinę zirytowany na niedźwiedzia i ten gniew narastał, rozdmuchany przez czerń, może on sam nie przepadając za Millie i podejrzewając ją o niebezpieczne zachowania, zaczął wietrzyć w powietrzu zdradę. Cokolwiek jednak wyciągnął z niej, nie widziała tego, i chyba nie miała zobaczyć nawet gdy opuści ośrodek. Może dlatego, że gdyby miała dać się opętać czerni, to pewnie potrzebowaliby tutaj Stanleya Borgina, a wobec tych, na których tu wpadała, oplatał ją fiolet. Ewentualnie Anthony’ego, może w nim zaczęłaby wietrzyć zdradę.
– Ta cała legenda o ostatniej wiedźmie z Inglewood, spalonej za czary przez biskupa? To on był czarodziejem, nie Triona. Jeśli miała w sobie odrobinę magii, to za mało na szkolenie. Wykorzystał naturalne źródła mocy i zasilił je jej życiem. To zaklęcie ochronne, które czaszka zniekształciła, było utkane z jego magii i z jej życia. Mugole potem sami je zasilali, nieświadomi, co robią – mruknęła. W ruinach nie chciała wdawać się w szczegóły, bo cóż… nie za bardzo wierzyła, że Trelawney będzie trzymał gębę na kłódkę, a też nie była już pewna Sebastiana. Zresztą niektórych szczegółów to nie zamierzała w ogóle umieszczać w raportach.
Może chodziło o czarną magię, może o celność ciosów, a może o wszystko na raz.
– Wyciągała to z głów waszych, nie ludzi, których głosy słyszeliście – powiedziała w końcu, podnosząc się do pozycji siedzącej, starając przy tym nie dotknąć ziemi wnętrzem świeżo naprawionych przez Basiliusa dłoni. – Jeśli ktoś ci bliski cudem unika śmierci, to się z tego cieszysz, nie żałujesz. Oczywiście, że powinniście wrócić z Limbo. Narzekać na to mogą Voldemort i może jeszcze Nott, nie wasi bliscy.
Może gdyby Zimni byli jej obcy, uznałaby że to jakaś abominacja. Może gdzieś tam, w Lesie Wisielców, Szeptucha miała powiedzieć komuś, że ktoś, kto wszedł do świata umarłych, nie powinien stamtąd wyjść żywy. Może w innych okolicznościach zgodziłaby się z nią: może uznałaby, że powrót funkcjonariuszy z Limbo to anomalia. Brenna tego nie wiedziała, ponieważ zwyczajnie za bardzo chciała, żeby te konkretne osoby żyły, by choć przez moment się zastanawiać nad całą sprawą w innym kontekście niż pozbycie się tego całego zimna i wspomnień, tkwiących w głowach trzech z czterech osób. Świat na razie się nie zawalał z ich powodu, anomalie występujące po Beltane stawały się słabsze – nie wiało już tak w Dolinie, nie pojawiały się duchy ani halucynacje, magia rytuału mijała, nawet jeśli byli źródłem problemu, natura zdawała się wracać do równowagi.
– To zaklęcie szalonego starca, który śmiał się patrząc, jak utopce rozrywają ludzi na kawałki – dodała, pochylając się lekko w jego stronę i palcem szturchając ramię. Kogokolwiek innego objęłaby pewnie po prostu, ale Atreus jakoś zawsze zdawał się kimś, kto nie lubi okazywać słabości i wcale nie była pewna, czy przyjąłby dobrze taką próbę pocieszenia. – Na pewno mocne, bo drań znał się na nekromancji, ale to mało wiarygodny gość, jeśli chodzi o wyrokowanie, co myślą o tobie ludzie – powiedziała. Może nie musiała. Na pewno to wiedział. Ale czasem dobrze było usłyszeć coś, co się wie, od kogoś innego.
Jego teoria brzmiała prawdopodobnie – może Basilius był odrobinę zirytowany na niedźwiedzia i ten gniew narastał, rozdmuchany przez czerń, może on sam nie przepadając za Millie i podejrzewając ją o niebezpieczne zachowania, zaczął wietrzyć w powietrzu zdradę. Cokolwiek jednak wyciągnął z niej, nie widziała tego, i chyba nie miała zobaczyć nawet gdy opuści ośrodek. Może dlatego, że gdyby miała dać się opętać czerni, to pewnie potrzebowaliby tutaj Stanleya Borgina, a wobec tych, na których tu wpadała, oplatał ją fiolet. Ewentualnie Anthony’ego, może w nim zaczęłaby wietrzyć zdradę.
– Ta cała legenda o ostatniej wiedźmie z Inglewood, spalonej za czary przez biskupa? To on był czarodziejem, nie Triona. Jeśli miała w sobie odrobinę magii, to za mało na szkolenie. Wykorzystał naturalne źródła mocy i zasilił je jej życiem. To zaklęcie ochronne, które czaszka zniekształciła, było utkane z jego magii i z jej życia. Mugole potem sami je zasilali, nieświadomi, co robią – mruknęła. W ruinach nie chciała wdawać się w szczegóły, bo cóż… nie za bardzo wierzyła, że Trelawney będzie trzymał gębę na kłódkę, a też nie była już pewna Sebastiana. Zresztą niektórych szczegółów to nie zamierzała w ogóle umieszczać w raportach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.