04.08.2024, 01:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:19 przez Lorraine Malfoy.)
BALKON: ostatecznie pozostaję na nim razem z Eden (której nie odstępuję na krok), obok nas Aryaman i Basilius, Lorien z "Robertem" + gdzieś obok stoją też Sophie z Matthiasem
1. Eden, Basilius i Aryaman
Lorraine znała wielu ludzi z duszą przeżartą złem, ale nie Eden. Ta mogła mieć w oczach ciemność, a w ciemności – mieszkały smoki. Wystarczyła jednak odrobina światła, by rozproszyć cienie – odrobina odwagi, by zapuścić się w mrok – mrok, w którym kryły się nie potwory z bajek, a możliwości. Wystarczyła odrobina wiary w to, że nocne niebo rozświetli blask gwiazd. Nie tak dawno patrzyła w te same gwiazdy z innego balkonu, opierając dłoń o kibić innej kobiety: nagle jej myśli uciekły w stronę Nokturnu, per aspera ad astra, pomyślała rzewnie, choć wyjątkowo nie myślała o realnych przeciwnościach losu, tylko o namacalnych cierniach krzewu rosnącego w doniczce w sypialni Maeve.
Lorraine wpatrywała się w gwiazdy z taką samą miłością, co w twarze bliskich.
Rozumiała kuzynkę, choć nie potrafiła tego okazać słowami – rozumiała dysonans między uwielbieniem i nienawiścią do samej siebie, bo znała go z autopsji. Był absurdalny. Równie absurdalny, co wydarzenia dzisiejszego wieczora. Prychnęła lekko, rozbawiona.
– Ale żeby od razu "złego"? Błagam, najmilsza – nie masz alergii na dobroć, tylko na głupotę i nieudane oszustwa podatkowe, podchwyciła kpinę Basiliusa – wykasłałaś wino z płuc, a nie duszę z piersi. – Nie, duszy nie można było wykasłać – nie można jej było także wyrzygać, choć Lorraine próbowała, bardzo usilnie zresztą – dusza uparcie trzymała się ciała, przeklęte sumienie, westchnęła, zawsze musi zawadzać – gdyby tylko to było takie proste, zsunęłaby duszę z ramienia niczym uparte ramiączko sukienki.
Lorraine położyła opiekuńczo dłoń na plecach Eden, która wychylała się przez barierkę, chcąc czule wesprzeć wymęczoną kaszlem kuzynkę choćby gestem. Kącik ust drgnął jej lekko na komentarz o szezlongach. Jakby słyszała Elliotta.
– Wystrój wnętrza często odzwierciedla mentalność gospodarza – stwierdziła, poglądając z rozbawieniem to na Aryamana to na doktora Prewetta – A Pani Delacour powzięła sobie dziś za cel sprawianie gościom dyskomfortu. To nieszczęsne przemówienie... – westchnęła, nieświadomie przybierając manierę podobną do tej należącej do starszego kuzyna.
2. Sophie, Matthias
Wtedy jednak na balkon weszła Sophie z młodym mężczyzną – Matthias Delacour, tak zaanonsowała go Agnes – u boku. Lorraine zmrużyła oczy. Bez przyzwoitki?, zadrwiła. Może ten wyrostek rzucił się na balkon, licząc, że zdoła wysępić – od osłabionej Eden – mieszkanie dla młodego, dynamicznego narzeczeństwa po taniości? W końcu zubożałych Mulciberów nie było stać na wielki posag dla Sophie... Lorraine musiała ze smutkiem przyznać, że Sophie wdała się w swoją rodzinę: nie zdążyła nawet zadebiutować w towarzystwie, już ciągnął się za nią stęchły smród skandalu. Musiała do tej biednej dziewczyny skreślić kilka słów – nie, lepiej napisać do Lorien, stwierdziła – smarkula odreagowywała dziecinne traumy w sposób, który narażał reputację rodziny na szwank. Nie można jej jednak było winić, że łapała się byle okazji, by uciec z rodzinnego domu.
3. Aryaman
Kiedy doktor Prewett wszczął dyskusją z towarzyszem Sophie, Lorraine zwróciła oczy z powrotem na Aryamana, na piękną błyskotkę – lubiła błyskotki – tego wieczoru oboje byli niczym więcej jak migotliwą biżuterią, z własnej woli przyjmując role zabawek w rękach ludzi większych od nich samych. Oboje byli tu by grać – niekoniecznie w karty, stwierdziła chłodno, obserwując leniwą nonszalancję jego gestów. Lorraine wolała igrać z ludzkimi namiętnościami. O co chciał grać Aryaman?
– ...”Obyśmy wszyscy obudzili się jutro w lepszym świecie” – powtórzyła miękko, o wiele ciszej, obietnica kpiącego śmiechu przyczajona w lekko przymrużonych oczach, kiedy podjęła przerwaną dyskusję. W ustach Lorraine, słowa te – wypowiedziane z odpowiednią intonacją, melodyjnie – brzmiały niemal wzniośle, niemal poetycko. Ale to wciąż były tylko słowa. Słowa, słowa, słowa, nic ponad to. Słowa, które Mulciber musi powtarzać sobie każdej nocy, skoro – jeśli wierzyć temu, co wiatr niesie z czterech stron świata – co poranek budzi się obok nowej żony, zauważyła chłodno. Najpierw potajemne małżeństwo z Lorettą, potem rzekomy ślub z Ambrosią… Ale Aryaman nie mógł być przecież świadomy plotek, od których w towarzystwie aż huczało.
– Ze snów można podobno wywróżyć przyszłość, może dlatego tak bardzo obawiał się ich nasz mówca. Jakie sny skryły się tej nocy pod pańskimi powiekami? – Wciąż miał bowiem powieki, mimo swej wężowej elegancji obecnej w syczących słowach i gadzim zblazowaniu, wciąż mógł dwuznacznie mrugać, wciąż mógł skryć pod przymkniętymi powiekami złoto swych tęczówek jak w ciemnościach skarbca. W jakim języku śni?, zastanawiała się. Słowa, które wymieniali, mieniły się bowiem miriadami znaczeń a jednocześnie były tego znaczenia pozbawione – złota łuska na bazyliszkowej wylince.
4. wszyscy – zwłaszcza "Robert", Lorien i Eden
Jak na złość, rozmowę przerwało przybycie Roberta Mulcibera. Oho. Atmosfera zrobiła się napięta. Lorraine nie dziwiła się, że Anthony opuścił towarzystwo – nie znosił niezręczności, miał alergię na niedyskrecję, a swoją reputację cenił sobie wyżej od pieniędzy – nie rozumiała natomiast Roberta, który zachowywał się dziś co najmniej dziwnie. Nie potrafiła też logicznie wytłumaczyć ostatnich ekscesów rodziny Mulciber. Najbardziej zaś zaszokował ją widok Lorien – Lorien Crouch, którą zdążyła poznać całkiem dobrze przez lata współpracy, była całkiem inna niż Lorien Mulciber. Przypominała Lorraine porcelanowe figurki ptaków, które podziwiała z Anthonym w jednym z antycznych muzeów – misterne, ale kruche – ze swoimi szklanymi oczami i szklistymi policzkami, spływającymi łzami Lorien Crouch wydawała się przez chwilę kruchsza od szkła, z którego wykonali jej podobiznę bogowie – jakże innego od gliny, z której zostali ulepieni wszyscy dookoła! – szkła, w które tchnęli oddech przeklętego życia. Czy warto było marnować i tak krótką egzystencję w ramionach Mulcibera...?
Lorraine odwróciła wzrok, łapiąc porozumiewawcze spojrzenie z Eden. Nie wiedziała, dlaczego tak bardzo przeszkadza jej widok łez kobiety. Nie rozumiała psychoseksualnej gry, która rozgrywała się na ich oczach, ale cokolwiek miało miejsce w domostwie Mulciberów – nie było normalne.
Lorien wyglądała, jakby chciała rozłożyć skrzydła i odlecieć, tymczasem Robert... Czy "przeszkadzał"? Och, ależ skąd, mówiły wargi pokryte delikatną pomadką i hipokryzją, rozciągając się w uprzejmym uśmiechu.
Panie Mulciber, chciała się do niego zwrócić – w ustach Lorraine zwrot grzecznościowy wybrzmiałaby niczym obelga – proszę się obudzić – och, nie mogła sobie darować złośliwości nawiązującej do dewizy rodu Mulciber – i rozejrzeć dookoła. Milej widziany byłby tutaj szwadron śmierciożerców. Spaliliby wszystko dookoła, ale przynajmniej oszczędziliby nam palenia się ze wstydu.
– Moja kuzynka potrzebowała przed chwilą interwencji magomedyka, a teraz – aluzja, że to przemówienie krewniaka Roberta doprowadziło Eden do tego stanu nie musiała zostać wypowiedziana, by wybrzmieć – stara się zaczerpnąć powietrza z dala od zgiełku. – Lorraine uniosła dumnie podbródek. – Tak poza tym dyskutowaliśmy o interesach, panie Mulciber. Wydaje mi się, że mieszkania z balkonem będą w tym sezonie szczególnie rozchwytywane – rzuciła głośno, ostentacyjnie, zmieniając temat na taki pozornie tylko bez związku z dotychczasową dyskusją. – Eden, jak sądzisz, czy ceny na rynku nieruchomości wzrosną, jeżeli inspektorat zażąda dodatkowych kontroli? – zaszczebiotała słodko. – Obawiam się, że dotychczasowe normy bezpieczeństwa zakładały udźwig balkonu dla maksymalnie sześciu osób. – Co z tego, że dookoła było mnóstwo miejsca i zmieściłyby się tutaj spokojnie jeszcze dwa tuziny gości, nie o to tu chodziło. Lorraine była po prostu złośliwa. – Ale przy obecnym popycie...
Spojrzenie Lorraine natarło na zgromadzonych wokół gości z intensywnością sztormowych fal. Afrodyta wyłoniła się z morskiej piany, czyż nie?
na percepcje bo coś mi śmierdzi: ktoś zapalił świeczkę o zapachu niemytego chuja próbuję ogarnąć czemu Robert jest taki dziwny
1. Eden, Basilius i Aryaman
Lorraine znała wielu ludzi z duszą przeżartą złem, ale nie Eden. Ta mogła mieć w oczach ciemność, a w ciemności – mieszkały smoki. Wystarczyła jednak odrobina światła, by rozproszyć cienie – odrobina odwagi, by zapuścić się w mrok – mrok, w którym kryły się nie potwory z bajek, a możliwości. Wystarczyła odrobina wiary w to, że nocne niebo rozświetli blask gwiazd. Nie tak dawno patrzyła w te same gwiazdy z innego balkonu, opierając dłoń o kibić innej kobiety: nagle jej myśli uciekły w stronę Nokturnu, per aspera ad astra, pomyślała rzewnie, choć wyjątkowo nie myślała o realnych przeciwnościach losu, tylko o namacalnych cierniach krzewu rosnącego w doniczce w sypialni Maeve.
Lorraine wpatrywała się w gwiazdy z taką samą miłością, co w twarze bliskich.
Rozumiała kuzynkę, choć nie potrafiła tego okazać słowami – rozumiała dysonans między uwielbieniem i nienawiścią do samej siebie, bo znała go z autopsji. Był absurdalny. Równie absurdalny, co wydarzenia dzisiejszego wieczora. Prychnęła lekko, rozbawiona.
– Ale żeby od razu "złego"? Błagam, najmilsza – nie masz alergii na dobroć, tylko na głupotę i nieudane oszustwa podatkowe, podchwyciła kpinę Basiliusa – wykasłałaś wino z płuc, a nie duszę z piersi. – Nie, duszy nie można było wykasłać – nie można jej było także wyrzygać, choć Lorraine próbowała, bardzo usilnie zresztą – dusza uparcie trzymała się ciała, przeklęte sumienie, westchnęła, zawsze musi zawadzać – gdyby tylko to było takie proste, zsunęłaby duszę z ramienia niczym uparte ramiączko sukienki.
Lorraine położyła opiekuńczo dłoń na plecach Eden, która wychylała się przez barierkę, chcąc czule wesprzeć wymęczoną kaszlem kuzynkę choćby gestem. Kącik ust drgnął jej lekko na komentarz o szezlongach. Jakby słyszała Elliotta.
– Wystrój wnętrza często odzwierciedla mentalność gospodarza – stwierdziła, poglądając z rozbawieniem to na Aryamana to na doktora Prewetta – A Pani Delacour powzięła sobie dziś za cel sprawianie gościom dyskomfortu. To nieszczęsne przemówienie... – westchnęła, nieświadomie przybierając manierę podobną do tej należącej do starszego kuzyna.
2. Sophie, Matthias
Wtedy jednak na balkon weszła Sophie z młodym mężczyzną – Matthias Delacour, tak zaanonsowała go Agnes – u boku. Lorraine zmrużyła oczy. Bez przyzwoitki?, zadrwiła. Może ten wyrostek rzucił się na balkon, licząc, że zdoła wysępić – od osłabionej Eden – mieszkanie dla młodego, dynamicznego narzeczeństwa po taniości? W końcu zubożałych Mulciberów nie było stać na wielki posag dla Sophie... Lorraine musiała ze smutkiem przyznać, że Sophie wdała się w swoją rodzinę: nie zdążyła nawet zadebiutować w towarzystwie, już ciągnął się za nią stęchły smród skandalu. Musiała do tej biednej dziewczyny skreślić kilka słów – nie, lepiej napisać do Lorien, stwierdziła – smarkula odreagowywała dziecinne traumy w sposób, który narażał reputację rodziny na szwank. Nie można jej jednak było winić, że łapała się byle okazji, by uciec z rodzinnego domu.
3. Aryaman
Kiedy doktor Prewett wszczął dyskusją z towarzyszem Sophie, Lorraine zwróciła oczy z powrotem na Aryamana, na piękną błyskotkę – lubiła błyskotki – tego wieczoru oboje byli niczym więcej jak migotliwą biżuterią, z własnej woli przyjmując role zabawek w rękach ludzi większych od nich samych. Oboje byli tu by grać – niekoniecznie w karty, stwierdziła chłodno, obserwując leniwą nonszalancję jego gestów. Lorraine wolała igrać z ludzkimi namiętnościami. O co chciał grać Aryaman?
– ...”Obyśmy wszyscy obudzili się jutro w lepszym świecie” – powtórzyła miękko, o wiele ciszej, obietnica kpiącego śmiechu przyczajona w lekko przymrużonych oczach, kiedy podjęła przerwaną dyskusję. W ustach Lorraine, słowa te – wypowiedziane z odpowiednią intonacją, melodyjnie – brzmiały niemal wzniośle, niemal poetycko. Ale to wciąż były tylko słowa. Słowa, słowa, słowa, nic ponad to. Słowa, które Mulciber musi powtarzać sobie każdej nocy, skoro – jeśli wierzyć temu, co wiatr niesie z czterech stron świata – co poranek budzi się obok nowej żony, zauważyła chłodno. Najpierw potajemne małżeństwo z Lorettą, potem rzekomy ślub z Ambrosią… Ale Aryaman nie mógł być przecież świadomy plotek, od których w towarzystwie aż huczało.
– Ze snów można podobno wywróżyć przyszłość, może dlatego tak bardzo obawiał się ich nasz mówca. Jakie sny skryły się tej nocy pod pańskimi powiekami? – Wciąż miał bowiem powieki, mimo swej wężowej elegancji obecnej w syczących słowach i gadzim zblazowaniu, wciąż mógł dwuznacznie mrugać, wciąż mógł skryć pod przymkniętymi powiekami złoto swych tęczówek jak w ciemnościach skarbca. W jakim języku śni?, zastanawiała się. Słowa, które wymieniali, mieniły się bowiem miriadami znaczeń a jednocześnie były tego znaczenia pozbawione – złota łuska na bazyliszkowej wylince.
4. wszyscy – zwłaszcza "Robert", Lorien i Eden
Jak na złość, rozmowę przerwało przybycie Roberta Mulcibera. Oho. Atmosfera zrobiła się napięta. Lorraine nie dziwiła się, że Anthony opuścił towarzystwo – nie znosił niezręczności, miał alergię na niedyskrecję, a swoją reputację cenił sobie wyżej od pieniędzy – nie rozumiała natomiast Roberta, który zachowywał się dziś co najmniej dziwnie. Nie potrafiła też logicznie wytłumaczyć ostatnich ekscesów rodziny Mulciber. Najbardziej zaś zaszokował ją widok Lorien – Lorien Crouch, którą zdążyła poznać całkiem dobrze przez lata współpracy, była całkiem inna niż Lorien Mulciber. Przypominała Lorraine porcelanowe figurki ptaków, które podziwiała z Anthonym w jednym z antycznych muzeów – misterne, ale kruche – ze swoimi szklanymi oczami i szklistymi policzkami, spływającymi łzami Lorien Crouch wydawała się przez chwilę kruchsza od szkła, z którego wykonali jej podobiznę bogowie – jakże innego od gliny, z której zostali ulepieni wszyscy dookoła! – szkła, w które tchnęli oddech przeklętego życia. Czy warto było marnować i tak krótką egzystencję w ramionach Mulcibera...?
Lorraine odwróciła wzrok, łapiąc porozumiewawcze spojrzenie z Eden. Nie wiedziała, dlaczego tak bardzo przeszkadza jej widok łez kobiety. Nie rozumiała psychoseksualnej gry, która rozgrywała się na ich oczach, ale cokolwiek miało miejsce w domostwie Mulciberów – nie było normalne.
Lorien wyglądała, jakby chciała rozłożyć skrzydła i odlecieć, tymczasem Robert... Czy "przeszkadzał"? Och, ależ skąd, mówiły wargi pokryte delikatną pomadką i hipokryzją, rozciągając się w uprzejmym uśmiechu.
Panie Mulciber, chciała się do niego zwrócić – w ustach Lorraine zwrot grzecznościowy wybrzmiałaby niczym obelga – proszę się obudzić – och, nie mogła sobie darować złośliwości nawiązującej do dewizy rodu Mulciber – i rozejrzeć dookoła. Milej widziany byłby tutaj szwadron śmierciożerców. Spaliliby wszystko dookoła, ale przynajmniej oszczędziliby nam palenia się ze wstydu.
– Moja kuzynka potrzebowała przed chwilą interwencji magomedyka, a teraz – aluzja, że to przemówienie krewniaka Roberta doprowadziło Eden do tego stanu nie musiała zostać wypowiedziana, by wybrzmieć – stara się zaczerpnąć powietrza z dala od zgiełku. – Lorraine uniosła dumnie podbródek. – Tak poza tym dyskutowaliśmy o interesach, panie Mulciber. Wydaje mi się, że mieszkania z balkonem będą w tym sezonie szczególnie rozchwytywane – rzuciła głośno, ostentacyjnie, zmieniając temat na taki pozornie tylko bez związku z dotychczasową dyskusją. – Eden, jak sądzisz, czy ceny na rynku nieruchomości wzrosną, jeżeli inspektorat zażąda dodatkowych kontroli? – zaszczebiotała słodko. – Obawiam się, że dotychczasowe normy bezpieczeństwa zakładały udźwig balkonu dla maksymalnie sześciu osób. – Co z tego, że dookoła było mnóstwo miejsca i zmieściłyby się tutaj spokojnie jeszcze dwa tuziny gości, nie o to tu chodziło. Lorraine była po prostu złośliwa. – Ale przy obecnym popycie...
Spojrzenie Lorraine natarło na zgromadzonych wokół gości z intensywnością sztormowych fal. Afrodyta wyłoniła się z morskiej piany, czyż nie?
na percepcje bo coś mi śmierdzi: ktoś zapalił świeczkę o zapachu niemytego chuja próbuję ogarnąć czemu Robert jest taki dziwny
Rzut N 1d100 - 73
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 56
Sukces!
Sukces!