04.08.2024, 14:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.08.2024, 14:49 przez Brenna Longbottom.)
Po prawdzie gdy zgasło światło Brenna też spodziewała się, że coś się jej stanie. Była zdumiona, gdy padło nie na nią, nie na Basiliusa nawet, a na obcego uzdrowiciela. Miało to głęboki sens, wpisujący się w schemat ich pecha, ale ona nie wiedząc, że Prewett się z mężczyzną dogadał, nie wiedziała o tym.
To było prawie jakby los pogroził im palcem, mówiąc no, no, nie ze mną takie numery.
Chwilę później jednak znowu się zaczęło, pech zaatakował ją, pod postacią tych wszystkich pudeł.
- Jasne, niech się pani nie przejmuje, nic się nie stało - zapewniła Brenna pośpiesznie biedną pielęgniarkę. Nie pomyślała na razie o tym, co Basilius: że może właśnie rozszerzyła ich pecha także na piątki siedemnastego. Brenna z jednej strony miała bogatą wyobraźnię i łatwo wierzyła w rzeczy niemal nieprawdopodobne historoe, przynajmniej swoim bliskim. Z drugiej miewała skłonności do racjonalizowania i pewnej przyziemności. - Tak, to dobry pomysł, dzięki. W każdym razie, dalej jeśli chodzi o piątki, to podobno przesąd mógł się wziąć stąd, że w piątek trzynastego wydano wyrok na templariuszy we Francji... a gdy ich wielki mistrz spłonął na stosie, miał rzucić klątwę na króla i na papieża, do trzynastego pokolenia włącznie. Może on naprawdę był magiem? Tylko nie wiem, dlaczego miałoby trafić nas, chyba że któreś z nas ma w drzewie genealogicznym wielkiego mistrza Zakonu, a drugie króla, albo któreś papieża, i się urochomiło, ale w rodach czystej krwi pilnuje się genealogii, u mnie mają zapiski az do Gryffindora, więc w sumie musiałyby tutaj być nieźle fikołki, chociaż jakby się zastanowić, ja bym się nie zdziwiła, jakby papież też był czarodziejem i żadnych ślubów czystości nie przestrzegał, a bywają zdrady i białe plamy... - plotła tak, wchodząc po schodach, na wszelki wypadek trzymając się poręczy. Jeszcze rok temu uważałaby, że to wszystko to absolutna bzdura, ale w tej chwili naprawdę musiała zacząć już patrzeć na sprawę inaczej i była gotowa szukać nawet najbardziej absurdalnych wyjaśnień.
A potem...
...rozległ się śmiech.
Dziwnie żabi.
Dokładnie w tej samej chwili, w której dotarła do szczytu schodów.
- O nie - jęknęła Brenna.
- Panie Ferdynandzie!!!
Pan Ferdynand wpadł na nią z impetem. I gdyby nie odbił się od tarczy utkanej przez Prewetta, pewnie by z tych schodów spadła, a tak tylko zatoczyła się trochę. Uzdrowicielką tymczasem dopadła pana Ferdynanda, rzuciła jakieś zaklęcie, chyba konfundujące i stanowczo ujęła go pod ramię.
- Bardzo przepraszam, uciekł z oddziału zamkniętego... chodźmy, panie Ferdynandzie...
- On wciąż tu jest? - spytała oszołomiona trochę Brenna Basiliusa. - Ucieka regularnie, czy tylko w piątki trzynastego? - dodała podejrzliwym tonem.
To było prawie jakby los pogroził im palcem, mówiąc no, no, nie ze mną takie numery.
Chwilę później jednak znowu się zaczęło, pech zaatakował ją, pod postacią tych wszystkich pudeł.
- Jasne, niech się pani nie przejmuje, nic się nie stało - zapewniła Brenna pośpiesznie biedną pielęgniarkę. Nie pomyślała na razie o tym, co Basilius: że może właśnie rozszerzyła ich pecha także na piątki siedemnastego. Brenna z jednej strony miała bogatą wyobraźnię i łatwo wierzyła w rzeczy niemal nieprawdopodobne historoe, przynajmniej swoim bliskim. Z drugiej miewała skłonności do racjonalizowania i pewnej przyziemności. - Tak, to dobry pomysł, dzięki. W każdym razie, dalej jeśli chodzi o piątki, to podobno przesąd mógł się wziąć stąd, że w piątek trzynastego wydano wyrok na templariuszy we Francji... a gdy ich wielki mistrz spłonął na stosie, miał rzucić klątwę na króla i na papieża, do trzynastego pokolenia włącznie. Może on naprawdę był magiem? Tylko nie wiem, dlaczego miałoby trafić nas, chyba że któreś z nas ma w drzewie genealogicznym wielkiego mistrza Zakonu, a drugie króla, albo któreś papieża, i się urochomiło, ale w rodach czystej krwi pilnuje się genealogii, u mnie mają zapiski az do Gryffindora, więc w sumie musiałyby tutaj być nieźle fikołki, chociaż jakby się zastanowić, ja bym się nie zdziwiła, jakby papież też był czarodziejem i żadnych ślubów czystości nie przestrzegał, a bywają zdrady i białe plamy... - plotła tak, wchodząc po schodach, na wszelki wypadek trzymając się poręczy. Jeszcze rok temu uważałaby, że to wszystko to absolutna bzdura, ale w tej chwili naprawdę musiała zacząć już patrzeć na sprawę inaczej i była gotowa szukać nawet najbardziej absurdalnych wyjaśnień.
A potem...
...rozległ się śmiech.
Dziwnie żabi.
Dokładnie w tej samej chwili, w której dotarła do szczytu schodów.
- O nie - jęknęła Brenna.
- Panie Ferdynandzie!!!
Pan Ferdynand wpadł na nią z impetem. I gdyby nie odbił się od tarczy utkanej przez Prewetta, pewnie by z tych schodów spadła, a tak tylko zatoczyła się trochę. Uzdrowicielką tymczasem dopadła pana Ferdynanda, rzuciła jakieś zaklęcie, chyba konfundujące i stanowczo ujęła go pod ramię.
- Bardzo przepraszam, uciekł z oddziału zamkniętego... chodźmy, panie Ferdynandzie...
- On wciąż tu jest? - spytała oszołomiona trochę Brenna Basiliusa. - Ucieka regularnie, czy tylko w piątki trzynastego? - dodała podejrzliwym tonem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.