Sama Gerry nie przywiązywała większej wagi do tego, że została zraniona kiedy podbijali głębiny jeziora Windermere. W końcu to nie było nic wielkiego, pobolało trochę, i przestało. Trytony nie odgryzły jej ręki, a jedynie dosyć mocno drasnęły jej ramię. Lepiej się stało, że przytrafiło się to właśnie jej, to była codzienność. Nic nowego. Ból nie robił na niej wrażenia, nie ten fizyczny, zbyt wiele razy zdarzało jej się coś sobie uszkodzić. Zaciskała zęby i szła dalej, przed siebie, do celu. Dostawała to co chciała, radziła sobie z bestiami mimo wcześniejszych niepowodzeń. W Windermere pokazała swoją determinację, nie było to nic nadzwyczajnego, ona w ten sposób żyła. Nie poddawała się, nigdy, nie rozczulała się nad swoim losem. Ojciec tak ją wychował, była mu za to ogromnie wdzięczna.
Dla niej to wszystko, co wydarzyło się w jeziorze Windermere to nie było nic wielkiego, może poza tym, że znalazła się tam z większą ilością osób. Pierwszy raz od dawna musiała kalkulować w głowie co zrobić, aby nikomu nie stała się krzywda. Bała się tego, że trytony mogą uszkodzić kogoś z jej towarzyszy, że mogą dopaść Esmé. Bardzo nie chciała, żeby stała mu się krzywda, niby martwiła się też o brata, ale Astaroth jak ona był łowcą, poradziłby sobie z ewentualnym zagrożeniem. Za to nie miała pojęcia, jak jej kaletnik zachowuje się w sytuacji w której pojawia się niebezpieczeństwo, znaczy już teraz wiedziała, wcale nie była zaskoczona, że się nie bał. Zupełnie przeciwnie naprawdę nieźle im się współpracowało, jak na to, że był zupełnym laikiem. Nie mogła jednak doprowadzić ponownie do podobnej sytuacji, nie mogła sobie pozwolić na to, żeby zdarzyło się coś podobnego. Może i on nie miałby nic przeciwko temu, nie wiedziała nawet tak do końca, ale ona nie chciała, aby stała mu się krzywda. Powinna trzymać go z dala od swojego świata, było to trochę egoistyczne, warto może było go zapytać o zdanie, ale za bardzo zaczęło jej na nim zależeć.
Sama zdawała sobie sprawę, że podczas jednego z polowań może jej się powinąć noga, wiedziała, że zawsze istnieje ryzyko, że nie wróci do domu. Musiała się z tym pogodzić już dawno temu. Nie było to dla niej nic nadzwyczajnego, po prostu taka kolej rzeczy. Raz wygrywała, innym razem przegrywała, tyle, że w jej wypadku przegrana łączyła się z czymś więcej, mogła zniknąć na zawsze z tego świata. Zapomniana. Tego bała się najbardziej, tego chciała uniknąć, rozmyślała wiele razy o swojej śmierci i w sumie to bardzo by chciała, żeby była ona spektakularna, żeby o niej opowiadali, nie wiedzieć czemu zależało jej na poklasku, chociaż miała w nosie opinie które inni o niej wygłaszali. Taki paradoks.
Ona nie czuła się nigdy w żaden sposób wyjątkowa, wręcz przeciwnie. Często mierzyła się ze złośliwymi spojrzeniami, szeptami, gdy pojawiała się w towarzystwie. Mało kto rozumiał jej profesję, w końcu przynosiła śmierć, odbierała życia żywym istotom. Zmieniali zdanie dopiero wtedy, gdy potrzebowali jej pomocy, kiedy to im miała przynieść spokój. Akceptowała to. Nie walczyła z tymi opiniami, nie miało to większego sensu.
- Jedna w tę, czy w drugą stronę, co to za różnica. - Rowle doskonale wiedział jak wygląda jej ciało, dotykał każdej z dotychczasowych blizn, nie odrzuciły go od niej, wręcz przeciwnie, chyba nikt nigdy nie poświęcił im tyle uwagi. Jakby chciał poznać jej historię. Nigdy nie chciała się ich pozbyć, uważała, że przypominają jej o tym, że ją też można zabić, o jej słabościach. - Chociaż jednak jest różnica, powinnam się mieć na baczności, żeby nie dokładać ci pracy. - Wpatrywała się w niego przez chwilę, nie uciekała wzrokiem. Bardzo dobrze wiedziała do czego zmierza. Żartował, chyba żartował. Nie zakładała przecież w ogóle, że ta sytuacja może się powtórzyć, Windermere ich otumaniło, dosyć mocno, ale czy faktycznie była to tylko magia tamtego miejsca. Czy nie chciałaby znowu poczuć na swoim ciele jego ust? Zmrużyła na moment oczy, musiała przestać o tym myśleć. Nie wracać do tego co się wydarzyło, bo to była tylko chwila, która minęła. - Uwielbiasz swoją robotę, to ciekawe. - Rzuciła jeszcze lekko, wracając do niego wzrokiem.
Nie chodziło jej o to, aby w jakikolwiek sposób udowodnić mu, że nie potrzebuje jego pomocy. To naprawdę było bardzo miłe, że chciał jej dać namiary na swoich znajomych uzdrowicieli. Ona jednak ufała tylko jednej osobie, tej która składała ją od lat, dlatego odrzuciła pomoc, chociaż naprawdę doceniała sam gest.
Zauważyła już, że Esmé lubi szczerość, że w przypadku rozmów z nim nie ma szans na to, żeby obejść temat bez uzyskania konkretnych odpowiedzi. Potrafił poprowadzić konwersację w ten sposób, że dawała mu jasne odpowiedzi. Szczerość była ważna, zresztą zazwyczaj też po nią sięgała, były jednak sytuacje, w których przynosiła lekkie zażenowanie. Z drugiej jednak strony, czy nie było dzięki temu łatwiej? Znikały niedopowiedzenia, wszystko było jasne.
Widziała jak jeszcze bardziej zmienia wyraz twarzy, jak chce jej udowodnić, że faktycznie jest mu przykro. Miała jednak świadomość, że to dalsza gra. Pokręciła jedynie głową z uśmiechem na twarzy, kiedy to zrobił. Niezła próba.
- Och, ty nie... - Odwrócił wzrok, nie patrzył na nią. Może więc to wyznanie było zupełnie niepotrzebne? Może nie powinna się do tego przyznawać, co jeśli wcale nie lubił jej tak, jak ona lubiła jego? Byłoby to nieco kłopotliwe.
Bardzo szybko jednak dotarło do niej, że wcale tak nie jest. Jego kolejne słowa, cóż zrobiły na niej wrażenie. Poczuła, że po raz kolejny w jego towarzystwie oblewa się rumieńcem, nie słyszała często podobnych wyznań. Miała raczej świadomość, że zazwyczaj po prostu bywa w czyichś życiach, na chwilę, nikt nie myślał o niej jakoś szczególnie, a na pewno nie wspominał jej o tym. Esmé był inny, nie bał się mówić jej tego wszystkiego, nawet jej to w pewien sposób imponowało. Odwróciła się, aby spojrzeć na gorset, o którym wspomniał. Był przepiękny, zresztą jak wszystko, co tworzył. Mogłaby go nawet dla niego ubrać, gdyby ją o to poprosił. Wróciła do niego spojrzeniem, przyglądała się mu uważnie. Te słowa, mówił wszystko bardzo lekko, jakby to nie było nic takiego. Tyle, że ona poczuła, że może faktycznie coś się zmieniło, bo myślał o niej, bo jej widok go nawiedzał. Nie do końca wiedziała, co powinna mu odpowiedzieć. Nie zamierzała jednak pozostawić tego bez jakiejkolwiek odpowiedzi. - To nie musi być ulotne. - Jedyne na co było ją w tej chwili stać, w tym całym mętliku jaki miała w głowie.
Wyrzuciła z siebie dosyć dużo informacji, musiała to zrobić, aby jasno nakreślić sytuację w której się znalazła. Niewielu osobom o tym opowiedziała, bała się trochę, że to może być zbyt wiele. W końcu jeszcze niedawno sama powątpiewała w jasność swojego umysłu. Bała się, że zaczyna wariować, że dzieje się z nią to samo co z ojcem, dlatego zaczęła zagłębiać się w ten temat. Musiała poznać prawdę, nawet jeśli była ona bardzo bolesna. Przecież z Thoranem łączyła ją wyjątkowa więź, byli bliźniakami, nawet jeśli ostatnio nieco się od siebie oddalili to czuła, że może na niego liczyć, tak jak on mógł na nią. Zawsze była gotowa mu pomóc. Jednak to wszystko okazało się być iluzją, coś namieszało jej w głowie, wspomnienia, które tak wiele dla niej znaczyły nie były prawdziwe. Sama zaczęła zastanawiać się, jak bardzo doppelganger wpłynął na to, co się wokół niej działo. Miała świadomość, że zajął się nie tylko ją, jej znajomi również go pamiętali, również gościł w ich pamięci, to było najgorsze. Trudno było Geraldine udowodnić, że to nie było prawdą, że nie wydarzyło się naprawdę. Okropnie bała się tego, że ta istota faktycznie przejmie jej życie, że wydarzy się to, czego bała się najbardziej na świecie - że zostanie zapomniana.
Spoglądała na Esmé dosyć niepewnie, nie miała pojęcia, co sobie pomyśli o tym, co mu opowiedziała. Miała nadzieję, że jej uwierzy, że nie będzie próbował negować tego, co udało jej się ustalić. Bała się, że jak co niektórzy ją wyśmieje, że będzie szedł zaciekle w narrację, że to z nią jest coś nie tak. Chyba by sobie z tym nie poradziła, gdyby po raz kolejny musiała walczyć z tym, co zrobił Thoran. Powoli zaczynało brakować jej sił. Wiedziała, że niedługo będzie musiała stawić czoła bestii, że ten dzień się zbliża. Im szybciej to zrobi, tym lepiej. Szczególnie, że wkurzył też kilku pracowników ministerstwa i zamierzali przekazać tę sprawę dalej, a do tego nie mogła dopuścić. Nie chciała, żeby niepotrzebnie interesowali się jej rodzinnymi problemami, wolała załatwić sprawę sama. Musiała to zrobić, aby nikt nie zarzucał im tego, że są łowcami i nie potrafią sami tego rozwiązać. To mogło im przynieść niepochlebną opinię, nie mogła do tego dopuścić.
Obserwowała go uważnie, gdy podnosił się z fotela, póki co nic nie mówił. Martwiło ją to. Przygasiła w końcu tego peta, którego przed chwilą paliła. Miała chęć wyciągnąć kolejnego, nawet to zrobiła, tyle że póki co wsadziła go sobie za ucho. Nie mogła palić aż tyle, nawet jeśli ta sytuacja była dla niej naprawdę stresująca. Zyskał na tym Beksa, bo Rowle wypuścił go z klatki, pozwolił mu rozprostować skrzydła, na chwilę przeniosła wzrok na smoczoognika, który korzystał z tymczasowo oddanej wolności.
- Dziękuję. - Powiedziała, gdy w końcu się odezwał. Czyli kojarzył jej brata, posiadał jakieś informacje. Miała nadzieję, że pomoże jej to sobie z nim poradzić, że może dowie się jakichś szczegółów, niby wiedziała już wiele, ale może akurat umknęły jej jakieś informacje. Skoro miała się z tym czymś zmierzyć, to musiała bardzo dokładnie przewałkować temat.
- Nie wiem do końca jak to działa, nie mam pojęcia jakim cudem to coś jest w stanie zmienić wspomnienia takiej ilości osób. Weryfikacja może być potrzebna. - Zdawała sobie sprawę z tego, że nie wszyscy kojarzyli Thorana, a jedynie niektórzy. Na jakiej podstawie doppelganger wybierał sobie osoby, którym mieszał w głowie? Nie wiedziała, może chodziło o tych, którzy coś znaczyli w jej życiu, którzy zaistnieli w nim chociaż na chwilę. Trudno jej było póki co znaleźć w tym większy sens.
- Właściwie to się przecież wydarzyło, tylko, że on nie jest moim bratem, a czymś innym, podszywa się pod niego, w sumie to nie podszywa, tylko tak jakby wykreował tę postać? - W jej głosie mógł usłyszeć wahanie. Myślała po prostu głośno i nie wiedziała, czy nie błądzi.
Przysunęła się nieco bliżej mężczyzny, gdy ten jak ona usiadł na ladzie. Widziała, że myśli nad czymś bardzo intensywnie, zresztą ona również mogła wydawać się zamyślona. Próbowała znaleźć jakiś sens w tej całej historii, ale nie przychodziło jej to łatwo. - Czyli był też już u ciebie? - Zapytała jeszcze, chociaż przecież o tym wspomniał. Nie spodziewała się jednak, że Rowle również mógł stać się celem Thorana. Raczej nikomu nie wspominała o ich współpracy, no może poza ojcem, bo Gerardowi wspomniała o tym, że udało jej się nawiązać współpracę z kimś wyjątkowym.
Słuchała bardzo uważnie tego, co Esmé miał jej do powiedzenia. Trochę ją to zmartwiło, bo jeśli bestia jako Thoran narobiła sobie wrogów na Nokturnie, to mogli oni również zainteresować się ją, jakby nie miała już wystarczająco problemów.
- Cztery lata temu... - To było dla niej dość istotne. Ile właściwie czasu to coś istniało w jej życiu, od ilu lat bawiło się nią, jej umysłem. Strasznie nie mogła się z tym pogodzić. Jakim cudem dopiero teraz to zauważyła, może marny z niej był łowca potworów.
- To naprawdę wiele, nie wiem jednak, czy powinnam iść na Nokturn, wygląda na to, że naraził się dużej ilości osób, nie dam rady posprzątać tego całego bałaganu. - Już wystarczająco wiele osób musiała przeprosić, odpłacić się im. Nie miała pojęcia, czy jest w stanie dźwignąć jeszcze więcej. Może był to już czas w którym powinna się pozbyć tego czegoś, to chyba była najprostsza opcja, zamiast świecić oczami.
- Plan? - Powtórzyła po nim. Tak, zastanawiała się przecież nad tym, jak powinna sobie poradzić z tym problemem, jednak planem by tego nie nazwała. Działała po omacku, szukała informacji, układała wszystko w całość, jednak nie przynosiło to odpowiednich efektów. - Tak naprawdę wiem, że muszę zamknąć to coś w naczyniu, będę musiała znaleźć kogoś, kto je zapieczętuje, żeby nie wylazł z niego ponownie. Z tego, co się zorientowałam, to one żyją w ten sposób, że odbierają życia innym. Najwyraźniej ten chciał zabrać moje. Nie zamierzam mu na to pozwolić, chociaż okoliczności są nie najlepsze. Nie wiem, czy mnie nie uprzedzi, boję się trochę, że nie zdążę, ale nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie być w pełni przygotowaną. To coś, jest naprawdę straszne. Nie pamiętam, kiedy ostatnio bałam się tak, jak tej nocy, gdy nawiedziło mnie we śnie. Nie mogłam się ruszyć, a ja raczej nie miewam takich problemów, byłam sparaliżowana. Co jeśli znowu mi się coś takiego przytrafi, co jeśli teraz też nie będę mogła nic zrobić? - Mówiła coraz ciszej, chyba faktycznie trochę była przerażona tym, co się wokół niej działo. Bała się tego, że tym razem sobie nie poradzi, że ją to przerośnie i nie będzie miał jej kto pomóc, może nawet i by się ktoś znalazł, ale kurewsko nie lubiła prosić o tę pomoc.