05.08.2024, 08:32 ✶
Enzo naprawdę nie mógłby wybrać gorzej.
To nie tak, że Brenna była zupełnie niezainteresowana chłopcami: lubiła ich. Jako kumpli. I sama jakoś odruchowo zakładała, że dla wszystkich też jest po prostu kumpelą. O ile pewnie niejedna dziewczyna szybko uległaby kwiatkom i miłym słowom, o tyle nieuleczalna ślepota panny Longbottomów sprawiała, że ta miała chyba nigdy się nie domyśleć, o co mu chodziło tego popołudnia nad jeziorem. A nawet gdyby jakimś cudem ktoś wbił jej to do głowy (chociaż byłoby to zadanie równie trudne jak zdobycie Arturowego miecza, co go dobyć mógł jedynie prawowity władca Brytanii), to pewnie albo patrzyłaby oczyma wielkimi jak spodki, albo się czymś zakrztusiła, bo jeśli nawet kiedykolwiek zastanowiła się nad tematem chłopców – w kontekście bliżej niesprecyzowanej, dalekiej przyszłości – to na pewno nie uwierzyłaby, że miałaby znaleźć się u boku jakiegoś podrywacza.
– Chcesz, żebym pomogła ci z esejem z transmutacji, tak? – spytała, spoglądając na zawilce, które wyrosły przed jej twarzą. Tak, był starszy, a ona nie była wcale asem w każdym przedmiocie, ale Potterowie w transmutacji celowali, a upór Brenny w kwestii zostania animagiem popchnął ją już dawno do przerobienia materiału potrzebnego nie tylko do SUMów, ale i OWUTemów. Z jednej transmutacji była naprawdę świetna, i w ogóle, nawet McGongall nie mogła narzekać. – To oszustwo by było, wiesz? – powiedziała, popychając go lekko łokciem, nie ku wodzie, a na bok, i przy okazji uwalniając się od ramienia. – Ale mogę poprawić twój esej, wiesz, jak już go napiszesz – dodała łaskawie, ponieważ Brenna absolutnie nie umiała odmawiać takich przysług znajomym. – Nie mogę cię nie dostępować na krok, bo chyba powinnam iść do McGongall. O, patrz. W wodzie jest albo utopiec, albo trup, albo ktoś robi sobie bardzo głupie żarty, zastanawiam się, czy jednak nie to ostatnie, bo żaden uczeń nie zaginął, to skąd tutaj trup, a McGongall mnie zamorduje, jak jej powiem, że jest tu trup, a żadnego trupa nie ma…
Wskazała przy tym na wodę, nad którą się pochylała: na jakiś kształt, który tkwił na jego dnie, trudny do dostrzeżenia, bo w tym miejscu było dość głęboko, a powierzchnia pozostawała ciemna. Lekko mówiła, jak na gadanie o trupach, ale po prostu chyba nie do końca dowierzała, że to faktycznie jakiś topielec, prędzej już utopiec właśnie, co zaraz wyjdzie i spróbuje ją udusić, i w sumie jakby spróbował, to przynajmniej by wiedziała, że to nie jakieś dziwnie ułożone kamienie… Tak, w tym wieku jeszcze nie wyrobiła sobie instynktu samozachowawczego, i nie zdawała chyba nie w pełni zdawała sobie sprawę z tego, że jakby taki ją zaczął wciągać w wodę, to faktycznie mogłaby utonąć.
To nie tak, że Brenna była zupełnie niezainteresowana chłopcami: lubiła ich. Jako kumpli. I sama jakoś odruchowo zakładała, że dla wszystkich też jest po prostu kumpelą. O ile pewnie niejedna dziewczyna szybko uległaby kwiatkom i miłym słowom, o tyle nieuleczalna ślepota panny Longbottomów sprawiała, że ta miała chyba nigdy się nie domyśleć, o co mu chodziło tego popołudnia nad jeziorem. A nawet gdyby jakimś cudem ktoś wbił jej to do głowy (chociaż byłoby to zadanie równie trudne jak zdobycie Arturowego miecza, co go dobyć mógł jedynie prawowity władca Brytanii), to pewnie albo patrzyłaby oczyma wielkimi jak spodki, albo się czymś zakrztusiła, bo jeśli nawet kiedykolwiek zastanowiła się nad tematem chłopców – w kontekście bliżej niesprecyzowanej, dalekiej przyszłości – to na pewno nie uwierzyłaby, że miałaby znaleźć się u boku jakiegoś podrywacza.
– Chcesz, żebym pomogła ci z esejem z transmutacji, tak? – spytała, spoglądając na zawilce, które wyrosły przed jej twarzą. Tak, był starszy, a ona nie była wcale asem w każdym przedmiocie, ale Potterowie w transmutacji celowali, a upór Brenny w kwestii zostania animagiem popchnął ją już dawno do przerobienia materiału potrzebnego nie tylko do SUMów, ale i OWUTemów. Z jednej transmutacji była naprawdę świetna, i w ogóle, nawet McGongall nie mogła narzekać. – To oszustwo by było, wiesz? – powiedziała, popychając go lekko łokciem, nie ku wodzie, a na bok, i przy okazji uwalniając się od ramienia. – Ale mogę poprawić twój esej, wiesz, jak już go napiszesz – dodała łaskawie, ponieważ Brenna absolutnie nie umiała odmawiać takich przysług znajomym. – Nie mogę cię nie dostępować na krok, bo chyba powinnam iść do McGongall. O, patrz. W wodzie jest albo utopiec, albo trup, albo ktoś robi sobie bardzo głupie żarty, zastanawiam się, czy jednak nie to ostatnie, bo żaden uczeń nie zaginął, to skąd tutaj trup, a McGongall mnie zamorduje, jak jej powiem, że jest tu trup, a żadnego trupa nie ma…
Wskazała przy tym na wodę, nad którą się pochylała: na jakiś kształt, który tkwił na jego dnie, trudny do dostrzeżenia, bo w tym miejscu było dość głęboko, a powierzchnia pozostawała ciemna. Lekko mówiła, jak na gadanie o trupach, ale po prostu chyba nie do końca dowierzała, że to faktycznie jakiś topielec, prędzej już utopiec właśnie, co zaraz wyjdzie i spróbuje ją udusić, i w sumie jakby spróbował, to przynajmniej by wiedziała, że to nie jakieś dziwnie ułożone kamienie… Tak, w tym wieku jeszcze nie wyrobiła sobie instynktu samozachowawczego, i nie zdawała chyba nie w pełni zdawała sobie sprawę z tego, że jakby taki ją zaczął wciągać w wodę, to faktycznie mogłaby utonąć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.