05.08.2024, 16:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.08.2024, 16:39 przez Millie Moody.)
Wypłakała wszystkie łzy i była pełna tego jałowego spokoju, który przychodził w najczarniejszą noc. Znów nie była w tym smutku sama, to takie dziwne, że w żałobie zwykle towarzyszył jej Bazyliszek, kompan od czarnej kawy, który wyzywał ją od szkieletu obciągniętego skórą. Bazyliszek, który nadal cierpiał.
Śpiew trwał i był piękny, dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że melodia nieprzerwanie unosiła się w powietrzu przez cały czas bycia na klifach. Rozproszenie nie zadziałało ale...
Ktoś chciał ich zeżreć? Jego niedoczekanie, chociaż Mildred pomyślała przez ułamek sekundy ze zgrozą, że to była próba wody. Powietrze, ziemia, teraz woda. Woda, która chciała ją pochłonąć, która już otaczała ją podmorskim ogrodem. Hej hej karaluchu, który but w końcu da radę Cię zdeptać?
Wyciągnęła różdżkę sfrustrowana, chwytając Basiliusa mocno za ramię, po czym...
...siedzieli nad brzegiem jeziora, właściwie nieco przerośniętego stawu, a księżyc świecił jasno nad nimi odbijając się od niezmąconej wiatrem tafli. Dookoła szumiał las, z oddali było słychać pohukiwania sowy. Mildred wydawała się zdziwiona, ale przysnęła się do Bazyliszka i objęła go znów ciasno. Wokół panowała cisza i spokój. Lekko trupi spokój.
– Hej, ja już nic nie widzę a Ty? – odgarnęła ciemne loki ze spoconego paniką czoła. – Popatrz na mnie, jesteś bezpieczny. – szeptała zaglądając w ciemne oczy, szukając w nich zrozumienia sytuacji. To, że to nie było TO miejsce do którego chciała przeskoczyć, to już inna rzecz, ale akurat Prewett nie musiał o tym wiedzieć.
– Zaraz będziemy musieli wrócić, bo to coś co tam śpiewa, może zrobić komuś krzywdę, ale mm... pomyślałam, że w jakimś spokojnym miejscu ogarniemy jak jej nie słyszeć. Tej pieśni. Bo to chyba było to. Piosenka mieszająca w głowie – podzieliła się swoim podejrzeniem.
Śpiew trwał i był piękny, dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że melodia nieprzerwanie unosiła się w powietrzu przez cały czas bycia na klifach. Rozproszenie nie zadziałało ale...
syreni śpiew
Ktoś chciał ich zeżreć? Jego niedoczekanie, chociaż Mildred pomyślała przez ułamek sekundy ze zgrozą, że to była próba wody. Powietrze, ziemia, teraz woda. Woda, która chciała ją pochłonąć, która już otaczała ją podmorskim ogrodem. Hej hej karaluchu, który but w końcu da radę Cię zdeptać?
Wyciągnęła różdżkę sfrustrowana, chwytając Basiliusa mocno za ramię, po czym...
...siedzieli nad brzegiem jeziora, właściwie nieco przerośniętego stawu, a księżyc świecił jasno nad nimi odbijając się od niezmąconej wiatrem tafli. Dookoła szumiał las, z oddali było słychać pohukiwania sowy. Mildred wydawała się zdziwiona, ale przysnęła się do Bazyliszka i objęła go znów ciasno. Wokół panowała cisza i spokój. Lekko trupi spokój.
– Hej, ja już nic nie widzę a Ty? – odgarnęła ciemne loki ze spoconego paniką czoła. – Popatrz na mnie, jesteś bezpieczny. – szeptała zaglądając w ciemne oczy, szukając w nich zrozumienia sytuacji. To, że to nie było TO miejsce do którego chciała przeskoczyć, to już inna rzecz, ale akurat Prewett nie musiał o tym wiedzieć.
– Zaraz będziemy musieli wrócić, bo to coś co tam śpiewa, może zrobić komuś krzywdę, ale mm... pomyślałam, że w jakimś spokojnym miejscu ogarniemy jak jej nie słyszeć. Tej pieśni. Bo to chyba było to. Piosenka mieszająca w głowie – podzieliła się swoim podejrzeniem.