• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[29/30.08.1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin

[29/30.08.1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#2
06.08.2024, 01:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2024, 02:19 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine nie spała, kiedy ktoś zaczął głośno walić w jej drzwi. Tej nocy wcale nie poszła spać. Patrzyła na piętrzący się przed nią stos listów, na schnący atrament, nie będąc w stanie zmusić się do działania – zbyt zmęczona nawet na to, by złożyć głowę na biurku. Choć noc była ciepła, narzuciła na ramiona szal, zanim zeszła na dół.

– To chyba należy do pani, pani Malfoy. – “To” było półprzytomnym Baldwinem Malfoyem. Serce boleśnie zatrzepotało jej w piersi, ale nie pozwoliła pokazać po sobie emocji. Otworzyła na oścież drzwi zakładu, pozwalając wejść do środka dwójce uliczników, podtrzymujących słaniającego się na nogach Baldwina: bezwładne ramiona zaplecione na barkach mężczyzn, ociężała głowa zwieszająca się na pierś – znowu, pomyślała cierpko – dłonie Lorraine wyciągnęły się opiekuńczo w stronę kuzyna, dobrze, że nikt nie zrobił mu krzywdy, uspokajała się, nie dostrzegłszy na twarzy żadnych siniaków czy zadrapań – nie zostało jej zbyt wiele odpowiednich eliksirów w zapasie. Dopiero po chwili zwróciła ciężar spojrzenia na Jasona Brightwella – jednego z jej licznych informatorów, jej pająków – który razem ze swoim młodszym bratem – tyczkowatym wyrostkiem o imieniu John – wybawił pijanego Baldwina z tarapatów.

– Nie wiedzieliśmy, dokąd się udać najpierw, ale tutaj było najbliżej.

– Znieście go na dół, proszę. – Nie słyszała, jak autorytarnie zabrzmiał jej głos, nie widziała burzycielskiego ognia, który płonął w jej oczach jak truchło w piecu krematoryjnym – nie czuła zapachu pozostałego po nim popiołu – zapachu czarnej magii, osiadłego na jej włosach, ubraniu i przyciasnym wnętrzu Necronomiconu. Nie miała siły, by z tym dzisiaj walczyć, by skryć dowody swoich nielegalnych praktyk pod charakterystyczną dla zakładu i dla jej osoby duszącą wonią kadzideł i obrzydliwie słodkich perfum. Wciąż czuła się nieco odurzona po tym jak zajrzała do kilkudziesięciu umysłów. Początkowa euforia szybko ustąpiła miejsca znużeniu: w głowie huczało jej od cudzych wspomnień, a mdłości przychodziły i odchodziły falami, jak reminiscencje – wiedziała, że pokusiła się dziś na zbyt wiele, ale nie potrafiła się powstrzymać. Mężczyźni spełnili jednak polecenie szybko i bez zbędnego gadania.

– Niech wam Matka błogosławi – powiedziała cicho, acz dobitnie Lorraine, sięgając do ściskanej w dłoniach sakiewki, mimo uniesionej w słabym proteście ręki starszego Brightwella. Ulicznik wybąkał pod nosem wymówkę i zaczął popychać brata w stronę drzwi. Tak, miał u niej dług wdzięczności – kto nie ma, przemknęła jej przez głowę myśl cierpka jak sfermentowane wino, którym zaczęło cuchnąć w zakładzie, ledwie mężczyźni wtoczyli się do środka, jestem równie miłosierna co bogini Matka – dług, którego nie musiał spłacać krwią, jak to na Nokturnie często bywało, lecz dalece cenniejszą walutą – lojalnością. Lojalnością, która nie pozwalała ludziom ze ścieżek okraść jej krewnego – sygnet Malfoyów wciąż tkwił na jego palcu – lojalnością, która kazała młodszemu z Brightwellów bez słowa wcisnąć jej w ręce sakiewkę kuzyna, nie zaś zatrzymać ją dla siebie. Lorraine zbadała uważnie wnętrze sakiewki. Cztery sykle, dziewięć knutów, pięć kapsli po piwie. Pieniądze nigdy nie trzymały się Baldwina.

Wręczyła mężczyznom po syklu. Srebrem za srebro, pomyślała chłodno, patrząc na skołtunione srebrnoblond włosy Baldwina, teraz zmatowiałe od brudu, a zwykle przecież tak podobne do jej własnych, spływających na ramiona połyskliwą taflą. Malfoyowie zawsze płacą swoje długi.

– Dobrze się spisaliście. – Skinęła głową w niemym podziękowaniu, obdarzając Brightwellów łagodnym uśmiechem pełnym łaskawości. Eden stwierdziłaby zapewne, że to marnotrawstwo czasu i pieniędzy, i nie pomyliłaby się. Dla Lorraine była to jednak inwestycja w przyszłość. Łatwo było zmusić ludzi do strachu – sprawić, by nienawidzili, by powtarzali imię Malfoy ni to ze wstrętem, ni to z niechętnym podziwem – o wiele trudniej było zapracować na ich szacunek, na wdzięczność. Nie chodziło o pieniądze, chodziło o gest – o tę wyciągniętą dłoń, o odblask satysfakcji w oczach dzieciaka, który pomógł bratu przywlec Baldwina na jej próg, nie spodziewając się gratyfikacji – nie trzeba było wiele, by być dobrym, by postąpić tak, jak trzeba, nawet na Nokturnie. Lorraine zachowała jednak tę myśl dla siebie i na wszelki wypadek zaryglowała drzwi zakładu pogrzebowego. Balans między miłością a nienawiścią, który zapewniał Malfoyom nietykalność na Nokturnie był równie kruchy, co chłopiec w zarzyganej szacie, którego starszy z braci Brightwell pomógł jej ułożyć na jednym z czystych stołów sekcyjnych.

Pogładziła Baldwina po rozpalonym czole. Gdy trwał pogrążony w pijackim śnie tak bardzo przypominał jej ojca. Ojca, który w najgorszym okresie jej dzieciństwa – wtedy, kiedy Miranda zachorowała – codziennie wracał do domu zalany w trupa. Nie wiedziała, czy rozpaczał, czy świętował. Może nie było różnicy, tak jak w przypadku Baldwina. Lorraine spędzała wtedy całą noc wpatrzona w plamy pleśni na suficie sypialni rodziców, czuwając: leżała zwinięta w kłębek w fotelu, nie śmiąc zmrużyć oka, bo kiedy je zamknęła, zaczynała wyobrażać sobie, jak ojciec krztusi się własnymi wymiocinami i umiera. Czasem nawet chciała, by umarł, choć wstydziła się do tego przyznać. Przerażona własną deprawacją zaczynała się modlić o wybaczenie do jakiegokolwiek bóstwa, które słuchało – nie chcę, żeby umarł, mówiła, przepraszam – wciąż w kółko powtarzała to samo przepraszam, przepraszam, przepraszam, kajając się za nigdy niewypowiedziane pragnienia, boleśnie świadoma tego, że Miranda zawsze miała rację: że naprawdę jest potworem, a jej żyły toczy zepsucie a nie krew. Nie bała się, że ojciec umrze. Nie potrafiła po prostu znieść myśli, że zostawi ją samą. A Lorraine nie chciała zostać sama.

Teraz jednak zostawiła Baldwina samego w kostnicy, żeby nie męczyć się z przenoszeniem jego ciała, jeśli ten zdecyduje się wyzionąć ducha razem z wymiocinami – wyrzygać resztki tlącego się w nim życia razem z zawartością żołądka – choć wcześniej obróciła go tak, by leżał na boku, nie na wznak, minimalizując ryzyko zakrztuszenia.
Jak umrze, to umrze, pomyślała ze złością, wynajdując jednocześnie kolejną wymówkę, by zaraz zejść na dół, i sprawdzić, czy z kuzynem wszystko w porządku. Nie dbam o to.

Przyzwyczaiła się do tego, że zawsze musi po kimś sprzątać, naprawiać szkody wyrządzone cudzymi rękami – przygotowała ją ku temu natura, natura półwili, która była w Lorraine tak silna, że czasem każdy chciał jej dotknąć, nieważne, jak brudne miał dłonie – nigdy nie czuła się czysta, nie, już dawno zrozumiała, że nigdy nie będzie czysta, dlatego zawsze stroiła się w biel. Biel, która pasowała do jej bladej skóry i jasnych włosów, ale nie do jej serca.

Zaczynało świtać. Necronomicon skąpany w świetle poranka wyglądał niemal pięknie.

Lorraine rozsuwała poszarpane zasłony, mrużąc zmęczone oczy przed jasnością dnia, otwierała sfatygowane okna, wpuszczając do środka ożywcze powietrze, wyciągnęła kadzidło z szafki w gabinecie na piętrze, kontrolując opłakany stan swoich zapasów – po chwili namysłu, sięgnęła jeszcze po świece – trzy, po jednej dla każdej z twarzy Matki – tak jakby to miało w ogóle sens, pomyślała, schodząc na parter. Nie była pewna, który już raz dzisiaj przemierzała te schody, była jednak absolutnie pewna, że – wbrew temu co mówiła Rosie – nie były nawiedzone, kiedy ostatni raz postawiła stopę na stromych stopniach. Teraz jednak, blisko podestu, stał duch.

Chyba przez chwilę patrzyli na siebie, dwa duchy: jeden zakutany w prześcieradło – musiał wynurzyć się z otchłani jej kostnicy, kiedy marudziła na górze – drugi spowity w biel konserwatywnej sukni; byli do siebie tak podobni, a zarazem tak różni. Co ja mam z tobą zrobić, Baldwinie. Lorraine skrzywiła się lekko, widząc w dłoniach kuzyna szczura. Zapomniała o tym cholernym szczurze. Jeżeli odgryzł nos jakiemuś denatowi, to go spali, postanowiła, nagle ogarnięta furią.

– Stój, maro – wyrecytowała bezbarwnie, hardo, zimniejsza od kostnicy. – Możeszli wydać głos albo przynajmniej dźwięk jakikolwiek przystępny dla ucha, to mów. – Trudno było powiedzieć, czego oczekiwała, cedząc powoli Hamleta. Oboje znali dalsze słowa sztuki – jestli czyn jaki do spełnienia, zdolny dopomóc tobie, a mnie przynieść zaszczyt: to mów! – ale Lorraine celowo opuściła ten fragment, pozostawiła niewypowiedzianymi słowa, które nosiły znamiona pocieszenia, pozwalając wybrzmieć samym tylko przestrogom.

Co za marnotrawstwo, pomyślała gniewnie, wbijając spojrzenie w twarz chłopca – bo w oczach Lorraine, Baldwin wciąż był tym samym chłopcem, który rozcieńczał zieloną farbę wodą, udając, że to absynt – chłopca, który potrafił odegrać każdą rolę, tylko nie tę, która przynależała mu z racji urodzenia. Co za cholerne marnotrawstwo.

Odwróciła się ze wstrętem w stronę wąskiego korytarza łączącego różne części zakładu, nie mogąc nagle znieść widoku Baldwina. Musiała jednak podtrzymać się ściany, bo nieco zakręciło się jej przez to w głowie: każdy gwałtowniejszy ruch przypominał o tym, że cały wczorajszy dzień spędziła eksplorując za pomocą legilimencji wnętrza cudzych umysłów. Musiała usiąść. Oparła wolną dłoń na klamce. To, czy Baldwin zdecyduje się podążać za nią, czy wybierze towarzystwo podobnych mu trupów, było Lorraine absolutnie obojętne.


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (6481), Lorraine Malfoy (9633)




Wiadomości w tym wątku
[29/30.08.1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 20.07.2024, 09:12
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Lorraine Malfoy - 06.08.2024, 01:20
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 02.09.2024, 00:43
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Lorraine Malfoy - 06.10.2024, 20:08
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 17.10.2024, 11:47
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Lorraine Malfoy - 09.11.2024, 17:07
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 16.12.2024, 23:11
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Lorraine Malfoy - 01.03.2025, 10:07
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 01.05.2025, 20:14
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Lorraine Malfoy - 03.05.2025, 15:21
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 06.02.2026, 21:52

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa