06.08.2024, 09:09 ✶
Brenna mogła się wydawać chaosem, i przez niejedną osobę była brana za dziewczynę głupiutką, typowego krawężnika, co ten tytuł Detektywa dostał tylko ze względu na rodzinne koligacje. W istocie jednak za rozczochranymi włosami krył się umysł zwykle pracujący na wysokich obrotach, wyłączający się jedynie z rzadka, głównie wtedy, kiedy u kogoś rozsądnego krzyczałby: nie rób tego, bo zaraz zginiesz. Wszelkie analizy i badania Brenna wykonywała bardzo skrupulatnie, a dodanym tu „pierwiastkiem Brenny” był fakt, że najczęściej robiła tych analiz kilka na raz.
Gdy już zaczęła wierzyć, że coś jest w tych piątkach trzynastego, że spadło na nich jakieś fatum, i albo próbowało im zrobić na złość, albo jedynie z jakichś powodów pchało tak, by ich ścieżki się skrzyżowały, podeszła do poszukiwań odpowiedzi bardzo rzetelnie. Lubiła zresztą dawne historie: lubiła grzebać w przyszłości, bo to ona dawała pewne odpowiedzi na pytania rodzące się tu i teraz.
– A jesteś pewien, że twoja prapraprababka nie zdradziła praprapradziadka, kiedy pojechał na jakąś wojnę z goblinami? – spytała, bo i to było to: nie wykluczyłeś teorii, póki nie miałeś lepszej, a nie pojawiły się argumenty na jej obalenie. – Albo że Wielki Mistrz Zakonu nie był czarodziejem, tylko dziecko, bo był w zakonie chrześcijańskim, nie nosiło innego nazwiska, uznane za swoje przez jakąś inną rodzinę czarodziejów, w zamian za część skarbu templariuszy, którego nigdy nie odszukał król, mimo posłania ich tylu na stos? – dodała, ale zaraz wzruszyła ramionami, bo chyba zdawała sobie sprawę z tego, że trochę snuje absurdalne historie, ale… takie już były przywary widmowidzów. – Alternatywne rozwiązania… mamy po prostu pecha. Albo gdy weszłam do twojego gabinetu tamtego czerwca, był wyjątkowo niesprzyjający układ planet. Albo rzucono na nas jakieś zaklęcie w przeszłych życia. Albo kosmos na nas spojrzał i uznał, że będzie zabawnie trzymać nas jedno obok drugiego – powiedziała, omijając pana Ferdynanda i pielęgniarkę, tej drugiej posyłając uspokajający uśmiech. Pomyślała jednak, że jeśli spotkają pana Ferdynanda po raz trzeci przy okazji jakiejś dziwnej daty, to już będą musieli ostatecznie się poddać, uznać, że są tak absolutnie, absolutnie przeklęci, i zacząć występować na sympozjach naukowych dla klątwołamaczy. – Powoli, ale jak najszybciej – zgodziła się, nawet jeżeli nie była pewna, w jaki sposób wdrożyć tę instrukcję w życie. W związku z tym szła po prostu… przeciętnym krokiem. – Zdaniem naszego uzdrowiciela oberwałam klątwą sprowadzającą pecha i może mnie to zabić – dodała, zaskakująco pogodnie. W istocie to nie tak, że Brenna tym się wcale nie przejmowała: kiedy cudem uniknęła przygniecenia przez drzewo była całkiem przejęta. Ale dotarła tutaj, obok był klątwołamacz i była pewna, że nie pomoże ani jemu, ani sobie, jeżeli zacznie powtarzać, że nie chce umierać i błagać go o pomoc.
Odruchowo odsunęła się na bok, pod ścianę, gdy lewitowane korytarzem przez pielęgniarza łóżko wymknęło się zaklęciu i pomknęło do przodu z dużą prędkością, o włos mijając Brennę.
- Mordercze łóżko kontratakuje - szepnęła do Basiliusa, gdy to odfrunęło, ścigane przez pracownika. - Chyba powinniśmy wezwać ciebie na miejsce. Trochę dezorganizuję pracę szpitala. Ale w sumie w Ministerstwie Magii jest więcej ludzi, to mogłoby być gorzej...
Gdy już zaczęła wierzyć, że coś jest w tych piątkach trzynastego, że spadło na nich jakieś fatum, i albo próbowało im zrobić na złość, albo jedynie z jakichś powodów pchało tak, by ich ścieżki się skrzyżowały, podeszła do poszukiwań odpowiedzi bardzo rzetelnie. Lubiła zresztą dawne historie: lubiła grzebać w przyszłości, bo to ona dawała pewne odpowiedzi na pytania rodzące się tu i teraz.
– A jesteś pewien, że twoja prapraprababka nie zdradziła praprapradziadka, kiedy pojechał na jakąś wojnę z goblinami? – spytała, bo i to było to: nie wykluczyłeś teorii, póki nie miałeś lepszej, a nie pojawiły się argumenty na jej obalenie. – Albo że Wielki Mistrz Zakonu nie był czarodziejem, tylko dziecko, bo był w zakonie chrześcijańskim, nie nosiło innego nazwiska, uznane za swoje przez jakąś inną rodzinę czarodziejów, w zamian za część skarbu templariuszy, którego nigdy nie odszukał król, mimo posłania ich tylu na stos? – dodała, ale zaraz wzruszyła ramionami, bo chyba zdawała sobie sprawę z tego, że trochę snuje absurdalne historie, ale… takie już były przywary widmowidzów. – Alternatywne rozwiązania… mamy po prostu pecha. Albo gdy weszłam do twojego gabinetu tamtego czerwca, był wyjątkowo niesprzyjający układ planet. Albo rzucono na nas jakieś zaklęcie w przeszłych życia. Albo kosmos na nas spojrzał i uznał, że będzie zabawnie trzymać nas jedno obok drugiego – powiedziała, omijając pana Ferdynanda i pielęgniarkę, tej drugiej posyłając uspokajający uśmiech. Pomyślała jednak, że jeśli spotkają pana Ferdynanda po raz trzeci przy okazji jakiejś dziwnej daty, to już będą musieli ostatecznie się poddać, uznać, że są tak absolutnie, absolutnie przeklęci, i zacząć występować na sympozjach naukowych dla klątwołamaczy. – Powoli, ale jak najszybciej – zgodziła się, nawet jeżeli nie była pewna, w jaki sposób wdrożyć tę instrukcję w życie. W związku z tym szła po prostu… przeciętnym krokiem. – Zdaniem naszego uzdrowiciela oberwałam klątwą sprowadzającą pecha i może mnie to zabić – dodała, zaskakująco pogodnie. W istocie to nie tak, że Brenna tym się wcale nie przejmowała: kiedy cudem uniknęła przygniecenia przez drzewo była całkiem przejęta. Ale dotarła tutaj, obok był klątwołamacz i była pewna, że nie pomoże ani jemu, ani sobie, jeżeli zacznie powtarzać, że nie chce umierać i błagać go o pomoc.
Odruchowo odsunęła się na bok, pod ścianę, gdy lewitowane korytarzem przez pielęgniarza łóżko wymknęło się zaklęciu i pomknęło do przodu z dużą prędkością, o włos mijając Brennę.
- Mordercze łóżko kontratakuje - szepnęła do Basiliusa, gdy to odfrunęło, ścigane przez pracownika. - Chyba powinniśmy wezwać ciebie na miejsce. Trochę dezorganizuję pracę szpitala. Ale w sumie w Ministerstwie Magii jest więcej ludzi, to mogłoby być gorzej...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.