06.08.2024, 11:27 ✶
Emocje rosły stopniowo, wraz z myślami Charlesa, które powoli wymykały się spod kontroli. Pojawienie się sowy było dla niego zwiastunem nieszczęścia. Jego osobisty ponurak przybrał formę ślicznej płomykówki i młody Mulciber zrozumiał, że to nic innego, jak tylko kolejne kłopoty. Nie dopuścił do siebie innej opcji, zwiesił głowę nad swoim talerzem. W teczce, którą trzymał w dłoniach, pojawiły się zmarszczki i zagięcia, gdy nerwowo zaciskał na niej palce, jednocześnie rujnując swoje w pocie czoła przygotowane kopie życiorysu.
- Jakoś to będzie, Sophie. - Zgodził się z kuzynką i nawet wysilił się na zbolały uśmiech, lecz spazm, który przeszedł przez jego twarz, mógł być pomylony z czymś innym. Nie sądził, że jego wstyd może jeszcze urosnąć. Nie myślał dotąd o tym, jak przedstawi sprawę wyrzucenia z domu zarówno kuzynce, jak i bratu. Poczuł bardzo nieprzyjemny ścisk na wysokości klatki piersiowej, wymusił westchnienie, by rozwiązać ten supeł nerwów. Nie pomogło.
Nie ciągnął tematu Brenny, bo i ten nie miał znaczenia. Sophie nie musiała mówić o wszystkim, co widziała, ale Charlie zapisał ten fakt w pamięci. Mulciberównie nie można było mówić wszystkiego, skoro tak chętnie paplała Richardowi nawet o bzdurach, które nie miały pokrycia w rzeczywistości. Charles mógł tylko domyślać się, że Robertowi mówi jeszcze więcej. Musiał być uważny. Musiał dobierać sobie towarzyszy nieco lepiej. Zaczynał rozumieć, dlaczego ojciec był taki samotny...
Kolejna sowa znaczyła kolejny problem. Charles zacisnął mocno zęby i odłożył teczkę na bok, jakby spodziewał się, że krzesło stojące tuż po jego lewej stronie za chwilę zostanie zajęte przez kolejnego ptaka. I kolejnego. Bo dlaczego nie? Nieszczęścia chodziły parami, a dla niego zaś przychodziły całym tłumem. Hordą, wręcz. Bezwiednie sięgnął po słodkiego rogalika i kawę, chociaż nie zamierzał jeść. Normalnie rzuciłby żartem do Leo, może podokuczał mu tak, jak zwykle, tym razem miał jednak wzrok utkwiony we własnych dłoniach i tym, czym akurat się zajmowały. Leonard nie musiał być geniuszem, by zauważyć, że Charlie jest nie tylko nie w humorze, ale i bardzo zdenerwowany.
- Tylko na pojedyncze sztuki. - Odparł ojcu, nawet nie zastanawiając się nad odpowiedzią. Nie wchodził w szczegóły. - Nie przyjmuję więcej.
- Jakoś to będzie, Sophie. - Zgodził się z kuzynką i nawet wysilił się na zbolały uśmiech, lecz spazm, który przeszedł przez jego twarz, mógł być pomylony z czymś innym. Nie sądził, że jego wstyd może jeszcze urosnąć. Nie myślał dotąd o tym, jak przedstawi sprawę wyrzucenia z domu zarówno kuzynce, jak i bratu. Poczuł bardzo nieprzyjemny ścisk na wysokości klatki piersiowej, wymusił westchnienie, by rozwiązać ten supeł nerwów. Nie pomogło.
Nie ciągnął tematu Brenny, bo i ten nie miał znaczenia. Sophie nie musiała mówić o wszystkim, co widziała, ale Charlie zapisał ten fakt w pamięci. Mulciberównie nie można było mówić wszystkiego, skoro tak chętnie paplała Richardowi nawet o bzdurach, które nie miały pokrycia w rzeczywistości. Charles mógł tylko domyślać się, że Robertowi mówi jeszcze więcej. Musiał być uważny. Musiał dobierać sobie towarzyszy nieco lepiej. Zaczynał rozumieć, dlaczego ojciec był taki samotny...
Kolejna sowa znaczyła kolejny problem. Charles zacisnął mocno zęby i odłożył teczkę na bok, jakby spodziewał się, że krzesło stojące tuż po jego lewej stronie za chwilę zostanie zajęte przez kolejnego ptaka. I kolejnego. Bo dlaczego nie? Nieszczęścia chodziły parami, a dla niego zaś przychodziły całym tłumem. Hordą, wręcz. Bezwiednie sięgnął po słodkiego rogalika i kawę, chociaż nie zamierzał jeść. Normalnie rzuciłby żartem do Leo, może podokuczał mu tak, jak zwykle, tym razem miał jednak wzrok utkwiony we własnych dłoniach i tym, czym akurat się zajmowały. Leonard nie musiał być geniuszem, by zauważyć, że Charlie jest nie tylko nie w humorze, ale i bardzo zdenerwowany.
- Tylko na pojedyncze sztuki. - Odparł ojcu, nawet nie zastanawiając się nad odpowiedzią. Nie wchodził w szczegóły. - Nie przyjmuję więcej.