11.01.2023, 22:08 ✶
Nie był to pierwszy raz, kiedy wzywano aurora na miejsce, w którym sama akurat się znajdowała, żeby posprzątać, zatrzeć magiczne ślady w mugolskim świecie. Na początku wiecznie miała ściśnięte gardło – w końcu doskonale wiedziała, iż Patrick zaliczał się do tej grupy i co za tym idzie - spodziewała się, że się pojawi.
Nie stało się tak jednak za pierwszym razem, drugim, trzecim, którymś tam z kolei. Aurorów ściągano, on się nie pojawiał, przez co za każdym razem mogła odetchnąć z ulgą – nawet jeśli jednocześnie w jakiejś części była zawiedziona; w końcu zawsze to okazja, by móc znaleźć się bliżej niego, bez wzbudzania podejrzeń – a czujność przygasła.
Może nawet podświadomie uznała, że skoro do tej pory nie znalazł się na miejscu zdarzenia, to nie pojawi się wcale. Życie niespodziewanie i dość brutalnie – bo ze sporego zaskoczenia – uświadomiło ją, że takie przekonanie, nawet jeśli nieuświadomione, było bardzo, bardzo mylne.
Aż drgnęła, gdy usłyszała za sobą tak dobrze znany głos , głos, który miała okazję słyszeć tak niedawno, a jednocześnie o wiele zbyt dawno. Nie zwróciła twarzy ku Patrickowi, nie od razu – potrzebowała tych paru drobniutkich chwil, by odzyskać zaburzoną równowagę, opanować rozbuchaną nagle panikę. Był tu. Obok.
I nadal nie mógł wiedzieć, że jest Clare, choć niczego innego tak nie pragnęła, jak uwieszenia się mu na szyi, wtulenia się cała sobą w niego i to tak, że cały świat poza objęciami mężczyzny naprawdę przestałby istnieć.
- No proszę, kogo tu przywiało – rzuciła, zmuszając wargi do wygięcia się w dość kpiącym uśmiechu; może nawet by coś jeszcze dorzuciła, niemniej wglądało na to, że praktycznie od razu przeszedł do pracy, czyli do tego, po co się tu pojawił. Przesunęła nieco, nawet ostatecznie wstała, dając Stewardowi przestrzeń na rozmowę z mugolską kobietą – dość młodą i trochę pucołowatą; nie znaczyło to, że spuściła z nich spojrzenie choćby na chwilę, wręcz przeciwnie.
- Czeeeść – widocznie naprawdę nad nią się napracowano, skoro nie trzęsła się jak osika i jeszcze była zdolna zachować jako taki spokój – Mary. I nie jestem pewna, Mark przyprowadził znajomego, mówił, że spotkał go po drodze, dawno się nie widzieli, akurat Glen nie miał żadnych planów, więc zgodził się przyjść, zwłaszcza że Matt...
- Mary, to nie jest ważne. Figurka? – wtrąciła zaskakująco łagodnie Alanna, przerywając słowotok. Nie mieli całego dnia na sterczenie tutaj i wysłuchiwanie całej historii od samego początku.
- Figurka…? Och, tak, Glen w pewnym momencie wyjął posążek wilka, Mark jak to zobaczył to się wściekł, mówił coś o ponuraku, nie rozumiem, to przecież był tylko wilk, a potem było zielone światło i wybuch... – urwała, zaczęła szybciej oddychać, szare oczy się zaszkliły.
Clare z powrotem przykucnęła, gotowa sięgnąć ponownie po magię, gdyby zaklęcia, jakie na nią nałożyła, miały okazać się zbyt słabe. I nie odpuściła krótkiego spojrzenia, rzuconego z ukosa, wprost na Patricka.
Nie stało się tak jednak za pierwszym razem, drugim, trzecim, którymś tam z kolei. Aurorów ściągano, on się nie pojawiał, przez co za każdym razem mogła odetchnąć z ulgą – nawet jeśli jednocześnie w jakiejś części była zawiedziona; w końcu zawsze to okazja, by móc znaleźć się bliżej niego, bez wzbudzania podejrzeń – a czujność przygasła.
Może nawet podświadomie uznała, że skoro do tej pory nie znalazł się na miejscu zdarzenia, to nie pojawi się wcale. Życie niespodziewanie i dość brutalnie – bo ze sporego zaskoczenia – uświadomiło ją, że takie przekonanie, nawet jeśli nieuświadomione, było bardzo, bardzo mylne.
Aż drgnęła, gdy usłyszała za sobą tak dobrze znany głos , głos, który miała okazję słyszeć tak niedawno, a jednocześnie o wiele zbyt dawno. Nie zwróciła twarzy ku Patrickowi, nie od razu – potrzebowała tych paru drobniutkich chwil, by odzyskać zaburzoną równowagę, opanować rozbuchaną nagle panikę. Był tu. Obok.
I nadal nie mógł wiedzieć, że jest Clare, choć niczego innego tak nie pragnęła, jak uwieszenia się mu na szyi, wtulenia się cała sobą w niego i to tak, że cały świat poza objęciami mężczyzny naprawdę przestałby istnieć.
- No proszę, kogo tu przywiało – rzuciła, zmuszając wargi do wygięcia się w dość kpiącym uśmiechu; może nawet by coś jeszcze dorzuciła, niemniej wglądało na to, że praktycznie od razu przeszedł do pracy, czyli do tego, po co się tu pojawił. Przesunęła nieco, nawet ostatecznie wstała, dając Stewardowi przestrzeń na rozmowę z mugolską kobietą – dość młodą i trochę pucołowatą; nie znaczyło to, że spuściła z nich spojrzenie choćby na chwilę, wręcz przeciwnie.
- Czeeeść – widocznie naprawdę nad nią się napracowano, skoro nie trzęsła się jak osika i jeszcze była zdolna zachować jako taki spokój – Mary. I nie jestem pewna, Mark przyprowadził znajomego, mówił, że spotkał go po drodze, dawno się nie widzieli, akurat Glen nie miał żadnych planów, więc zgodził się przyjść, zwłaszcza że Matt...
- Mary, to nie jest ważne. Figurka? – wtrąciła zaskakująco łagodnie Alanna, przerywając słowotok. Nie mieli całego dnia na sterczenie tutaj i wysłuchiwanie całej historii od samego początku.
- Figurka…? Och, tak, Glen w pewnym momencie wyjął posążek wilka, Mark jak to zobaczył to się wściekł, mówił coś o ponuraku, nie rozumiem, to przecież był tylko wilk, a potem było zielone światło i wybuch... – urwała, zaczęła szybciej oddychać, szare oczy się zaszkliły.
Clare z powrotem przykucnęła, gotowa sięgnąć ponownie po magię, gdyby zaklęcia, jakie na nią nałożyła, miały okazać się zbyt słabe. I nie odpuściła krótkiego spojrzenia, rzuconego z ukosa, wprost na Patricka.
460/1655