Znajomy głos i świst magii, przelatującej obok jego ucha, uderzającej w topielca przed nim, wybudziły go z transu strachu, i przywróciły jego świadomość do odpowiedniego miejsca, do odpowiedniego czasu.
Był w piwnicy domu, do którego zabrał go Anthony. Był z Anthonym. Był w Anglii. To nie była Ameryka. To nie byli ci chłopcy, z którymi wpierw chciał się bawić. To nie byli ci chuligani, których zaczął unikać, gdy okrył, jak okrutni bywali w swoich "zabawach". To nie byli ci chuligani, którzy wepchnęli go do wody. To nie był prawdziwy topielec.
Bogin.
To był Bogin. Do świadomości dotarło to w momencie, gdy Anthony pchnął go za siebie, a zjawa, która go sparaliżowała, morfowała się właśnie w nowy strach.
-P-prze... Przepraszam... Wuju - wydukał, prostując się powoli i pocierając swoje własne ramię.
Strach był okropnym uczuciem, do którego wielu nawet dorosłych ludzi wstydziło się przyznać. Ten konkretny strach paraliżował Jaspera, przypominając mu najgorszy moment jego życia, które mogło zakończyć się w dziecięcym jeszcze wieku, gdyby nie dobre serce pewnego Amerykanina.
Zdarzały się dni, szczególnie kiedy był jeszcze dzieckiem, że zastanawiał się, czego mogli się bać jego wujowie. W jego oczach zawsze byli dzielni, potężnie i tak bardzo kochani, a uczucia te nabrały jeszcze mocy, gdy Jessie i jego rodzeństwo stracili ojca. W jego oczach byli nieustraszeni, ale to przekonanie słabło stopniowo z kolejnymi przeżytymi latami, gdy powoli docierało do niego, że każdy czegoś się boi. Każdy nosi w swoim sercu jakiś lęk, z którym potrafi sobie poradzić, albo i nie. I nie było od tego wyjątku. Jego boginem był topielec. Rita również czegoś się bała. Podobnie Charlotte i Morpheus. Podobnie jak Jonathan.
Podobnie jak Anthony.
W tym momencie, gdy owiał go znajomy, kojący zapach, przez myśl przewinęło mu się pytanie, jaką postać przyjmie bogin jego wuja? Martwego smoka? Konkretnej osoby? A może przyjmie zupełnie inną formę?
Na widok postaci, wyłaniającej się z cienia, wstrzymał oddech. Wysuszone ciało, skóra naciągnięta jedynie na szkielet. Wózek.
-Wuju?
Wszystko w tym człowieku wołało, by przynieść mu zbawienie śmierci, ale te oczy...
Te oczy...
-Mógłbyś... Mógłbyś zmienić go w moją babcię? - to była pierwsza rzecz, która przyszła mu do głowy. -W różowych śpioszkach... Niech zacznie płakać, jak dziecko, ale niech brzmi, jak lokomotywa.
Anthony'emu pewnie łatwiej byłoby wyobrazić sobie Perspehone Parkinson w takim wydaniu.