06.08.2024, 21:57 ✶
W kółeczku graniastym na balkonie.
Przyjęła chusteczkę Birli, skinęła głową z wdzięcznością, bo słów nie miała w gardle - może to przez kaszel, może to przez tę uwagę o szezlongach, która przywiodła na myśl wspomnienie naprutego Elliotta, który przemoknięty przylazł pewnego wieczoru do jej sypialni i na takowym zalągł. Cokolwiek co kojarzyło się Eden z bratem budziło w niej niechęć, wzdrygała się aż; drżenie mogła jednak zrzucić na karb napadu kaszlu.
Chciała dorzucać swoje pięć groszy do rozmów toczących się nad jej głową, ale średnio była w stanie. Gdzieś ktoś nieopodal rzucał zaklęcia... A nie, wybaczcie, to tylko emocjonująca wymiana w języku włoskim. Brzmiało podobnie, a Lestrange była teraz nieco przyćmiona od natłoku wrażeń - chyba można było jej pomyłkę wybaczyć. Nie wiedziała, co dla tej dwójki było ważniejszego od ojojania umierającej, ale sobie to zachowa w serduszku i zapamięta.
- Nie wszystko - odparła wreszcie w kierunku Basiliusa, odwracając głowę znad barierki i siląc się na blady uśmiech. - Przynajmniej włosy mam nadal w naturalnym kolorze - mruknęła, odwołując się do wczorajszego wieczoru, gdzie również alkohol nie wyszedł jej na dobre. Kaszlnęła raz jeszcze, choć nie brzmiała już na kogoś, kto walczy o każdy łyk powietrza. Czuła ból gardła i w nosie dalej ją piekło, ale poza tym zaczynała dochodzić do siebie.
- Zgadza się, mam ogromną alergię na Alexandra Mulcibera - przyznała się Prewettowi, zupełnie szczerze i nieszczerze zarazem. Odwróciła się, oparła się o barierkę plecami (czuła, że nadal potrzebuje jakiegoś fizycznego wsparcia), a następnie na twarzy Eden wykwitł perfidny uśmiech. - Zwykle odczuwam niegroźny dyskomfort w jego otoczeniu, ale kiedy otwiera jadaczkę, dzieją się ze mną rzeczy niestworzone. Dziękuję w każdym razie za troskę, już mi nieco lepiej - zapewniła, dotykając Basiliusa w ramię z wdzięcznością. Nie miała zamiaru ukrywać ani tego, że doceniała opiekę medyczną, ani tego, jaką opinię miała o Axelu. Dalej nie wiedziała, co ją podkusiło, żeby dać mu to zaproszenie podczas wesela, ale ewidentnie palma jej musiała odbić. Może trzeba było zacząć rozważać Lecznicę Dusz?
Wtem podejrzanie zaczęło w okolicy przybywać Mulciberów i ich orbiterów. Przeszło jej przez myśl pobożne życzenie, żeby tego wywodu o Alexie nie zdążyli usłyszeć, ale po chwili się tej nadziei pozbyła. Jeśli mu przekażą, to przecież nic nowego ten gałgan nie usłyszy, w ogóle się nie zdziwi. Co najwyżej ją nazwie hipokrytką w listach, a reszta jego familii się dowie, co towarzystwo tak naprawdę o nim sądzi.
Do brzegu przybił też Robert. A może Richard? Wszystko jedno, pomyślała, nie umiejąc i nie chcąc ich rozróżniać. Sama była jedną połówką bliźniąt, więc powinna mieć większą wrażliwość pod tym względem - różnica była taka, że nie istniała szansa, by ktoś ją pomylił z Elliottem. Kiedy mężczyzna się jednak odezwał, była już pewna, że to Robert - wszakże nazwał się mężem Lorien.
Spojrzała na kobietę, na to jak przemyka z mokrymi od łez policzkami prosto do męża, próbując załagodzić sprawę. Nie miała pojęcia, jak za kulisami wygląda ich małżeństwo, więc nie miała prawa oceniać. Wiedziała tylko, że sama odszczekałaby się Robertowi jeszcze na tym balkonie, korzystając z okazji, że mają widownię. Nie dałaby zamieść zniewagi pod dywan.
- Przeszkodziłeś? Nie, to ja przepraszam, że odwracam uwagę od dramatów rodzinnych swoją walką o życie - ostatnie słowa wręcz wysyczała do Mulcibera, ale jednocześnie przyłożyła dłoń do piersi i przyjęła minę skruszonego aniołka. Minęła sekunda ciszy, a Eden teatralnie zasłoniła wygięte w irytacji usta i kaszlnęła, dramatycznie przypominając zebranym o swoim tragicznym stanie sprzed minuty. Włożyła w to wiele duszy, by dźwięk wydobył się prosto z czeluści trzewi.
Dalej pozwoliła mówić Lorraine. Słowne potyczki z mężczyznami, którzy są wielcy tylko w swoich głowach, to też była jakaś forma treningu. Wypuściła w rozbawieniu powietrze nosem, słysząc komentarz o mieszkaniach z balkonem - ach tak, rozchodzą się jak świeże bułeczki. Idealne do sadzenia roślin doniczkowych, relaksu z książką, samobójstw oraz, jak się okazuje, zawoalowanych oskarżeń o zdradę.
- Inspektorat nie zażąda żadnych dodatkowych kontroli, moja droga. - Spojrzała łagodnie na kuzynkę, prawie że z umiłowaniem w oczach. - Aż do pierwszej tragedii. -
Tutaj przesunęła spojrzenie po Sophie, Matthiasie, aż wreszcie skończyła na Robercie i Lorien. Chciała im dać znać, że rzeczywiście było tu tłoczno i oni byli tego przyczyną. Liczyła na rychłą ewakuację - oczywiście ze strachu przed inspektoratem i tym wzrostem cen, które prognozowała nasza mała wiła.
Wyparować postanowił jednak Anthony, nie zapominając jednak o swojej życiowej misji przekabacenia jej na swoją stronę ministerialnej mocy. Eden uśmiechnęła się głupio, nie wiedząc, co mu odpowiedzieć. Haha, wcale nie odrzucam twoich awansów, jedynie się zastanawiam? Jak mogłabym ci odmówić, kiedy uratowałeś mi życie? A może znowu zanieść się kaszlem?
- Nigdzie się nie wybieram - zapewniła wreszcie, patrząc, jak uprzejmie składa pocałunek na jej dłoni. Słowa celowo dobrała dwojako. Eden już miała taki nawyk, wyniesiony z domu rodzinnego, że na oferty odpowiadała tak, żeby w sądzie nie mogli jednogłośnie stwierdzić, po czyjej stronie się opowiedziała.
Przyjęła chusteczkę Birli, skinęła głową z wdzięcznością, bo słów nie miała w gardle - może to przez kaszel, może to przez tę uwagę o szezlongach, która przywiodła na myśl wspomnienie naprutego Elliotta, który przemoknięty przylazł pewnego wieczoru do jej sypialni i na takowym zalągł. Cokolwiek co kojarzyło się Eden z bratem budziło w niej niechęć, wzdrygała się aż; drżenie mogła jednak zrzucić na karb napadu kaszlu.
Chciała dorzucać swoje pięć groszy do rozmów toczących się nad jej głową, ale średnio była w stanie. Gdzieś ktoś nieopodal rzucał zaklęcia... A nie, wybaczcie, to tylko emocjonująca wymiana w języku włoskim. Brzmiało podobnie, a Lestrange była teraz nieco przyćmiona od natłoku wrażeń - chyba można było jej pomyłkę wybaczyć. Nie wiedziała, co dla tej dwójki było ważniejszego od ojojania umierającej, ale sobie to zachowa w serduszku i zapamięta.
- Nie wszystko - odparła wreszcie w kierunku Basiliusa, odwracając głowę znad barierki i siląc się na blady uśmiech. - Przynajmniej włosy mam nadal w naturalnym kolorze - mruknęła, odwołując się do wczorajszego wieczoru, gdzie również alkohol nie wyszedł jej na dobre. Kaszlnęła raz jeszcze, choć nie brzmiała już na kogoś, kto walczy o każdy łyk powietrza. Czuła ból gardła i w nosie dalej ją piekło, ale poza tym zaczynała dochodzić do siebie.
- Zgadza się, mam ogromną alergię na Alexandra Mulcibera - przyznała się Prewettowi, zupełnie szczerze i nieszczerze zarazem. Odwróciła się, oparła się o barierkę plecami (czuła, że nadal potrzebuje jakiegoś fizycznego wsparcia), a następnie na twarzy Eden wykwitł perfidny uśmiech. - Zwykle odczuwam niegroźny dyskomfort w jego otoczeniu, ale kiedy otwiera jadaczkę, dzieją się ze mną rzeczy niestworzone. Dziękuję w każdym razie za troskę, już mi nieco lepiej - zapewniła, dotykając Basiliusa w ramię z wdzięcznością. Nie miała zamiaru ukrywać ani tego, że doceniała opiekę medyczną, ani tego, jaką opinię miała o Axelu. Dalej nie wiedziała, co ją podkusiło, żeby dać mu to zaproszenie podczas wesela, ale ewidentnie palma jej musiała odbić. Może trzeba było zacząć rozważać Lecznicę Dusz?
Wtem podejrzanie zaczęło w okolicy przybywać Mulciberów i ich orbiterów. Przeszło jej przez myśl pobożne życzenie, żeby tego wywodu o Alexie nie zdążyli usłyszeć, ale po chwili się tej nadziei pozbyła. Jeśli mu przekażą, to przecież nic nowego ten gałgan nie usłyszy, w ogóle się nie zdziwi. Co najwyżej ją nazwie hipokrytką w listach, a reszta jego familii się dowie, co towarzystwo tak naprawdę o nim sądzi.
Do brzegu przybił też Robert. A może Richard? Wszystko jedno, pomyślała, nie umiejąc i nie chcąc ich rozróżniać. Sama była jedną połówką bliźniąt, więc powinna mieć większą wrażliwość pod tym względem - różnica była taka, że nie istniała szansa, by ktoś ją pomylił z Elliottem. Kiedy mężczyzna się jednak odezwał, była już pewna, że to Robert - wszakże nazwał się mężem Lorien.
Spojrzała na kobietę, na to jak przemyka z mokrymi od łez policzkami prosto do męża, próbując załagodzić sprawę. Nie miała pojęcia, jak za kulisami wygląda ich małżeństwo, więc nie miała prawa oceniać. Wiedziała tylko, że sama odszczekałaby się Robertowi jeszcze na tym balkonie, korzystając z okazji, że mają widownię. Nie dałaby zamieść zniewagi pod dywan.
- Przeszkodziłeś? Nie, to ja przepraszam, że odwracam uwagę od dramatów rodzinnych swoją walką o życie - ostatnie słowa wręcz wysyczała do Mulcibera, ale jednocześnie przyłożyła dłoń do piersi i przyjęła minę skruszonego aniołka. Minęła sekunda ciszy, a Eden teatralnie zasłoniła wygięte w irytacji usta i kaszlnęła, dramatycznie przypominając zebranym o swoim tragicznym stanie sprzed minuty. Włożyła w to wiele duszy, by dźwięk wydobył się prosto z czeluści trzewi.
Dalej pozwoliła mówić Lorraine. Słowne potyczki z mężczyznami, którzy są wielcy tylko w swoich głowach, to też była jakaś forma treningu. Wypuściła w rozbawieniu powietrze nosem, słysząc komentarz o mieszkaniach z balkonem - ach tak, rozchodzą się jak świeże bułeczki. Idealne do sadzenia roślin doniczkowych, relaksu z książką, samobójstw oraz, jak się okazuje, zawoalowanych oskarżeń o zdradę.
- Inspektorat nie zażąda żadnych dodatkowych kontroli, moja droga. - Spojrzała łagodnie na kuzynkę, prawie że z umiłowaniem w oczach. - Aż do pierwszej tragedii. -
Tutaj przesunęła spojrzenie po Sophie, Matthiasie, aż wreszcie skończyła na Robercie i Lorien. Chciała im dać znać, że rzeczywiście było tu tłoczno i oni byli tego przyczyną. Liczyła na rychłą ewakuację - oczywiście ze strachu przed inspektoratem i tym wzrostem cen, które prognozowała nasza mała wiła.
Wyparować postanowił jednak Anthony, nie zapominając jednak o swojej życiowej misji przekabacenia jej na swoją stronę ministerialnej mocy. Eden uśmiechnęła się głupio, nie wiedząc, co mu odpowiedzieć. Haha, wcale nie odrzucam twoich awansów, jedynie się zastanawiam? Jak mogłabym ci odmówić, kiedy uratowałeś mi życie? A może znowu zanieść się kaszlem?
- Nigdzie się nie wybieram - zapewniła wreszcie, patrząc, jak uprzejmie składa pocałunek na jej dłoni. Słowa celowo dobrała dwojako. Eden już miała taki nawyk, wyniesiony z domu rodzinnego, że na oferty odpowiadała tak, żeby w sądzie nie mogli jednogłośnie stwierdzić, po czyjej stronie się opowiedziała.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~