07.08.2024, 04:50 ✶
– WYGRALIŚMY! – wykrzyknęła tak głośno, jak tylko potrafiła, gdy tylko jasnym stało się to, kto dotarł do linii pierwszy. Naprawdę byli świetną ekipą do niedźwiedzich wyścigów. Może teraz będzie mogła przekonać pana Sama, by pozwolił jej strzelać łuku na niedźwiedziu, bo od czasu Lammas, wciąż chodziło jej to po głowie?
– WYGRALIŚMY! – wykrzyknęła po raz kolejny, gdy pan Sam zaczął podrzucać ją w powietrzu, a jej krzyki triumfu był przeplatamy szczerym śmiechem. Gdzieś tam mama zaliczyła upadek w trawę, ale Mabel na razie nie zauważyła tego faktu w przeciwieństwie do Karla, który upewniwszy się, że z jej przyjaciółką jest wszystko dobrze powolnym krokiem ruszył w kierunku starszej Figg.
– WYGRALIŚMY, WYGRALIŚMY! – krzyczała nawet wtedy, gdy stracili równowagę i sami tarzali się teraz w kwiatach.
Oh co to była za cudowne zwycięstwo! I to jeszcze w wyścigu na niedźwiedziu! Dała się znowu podrzucić do góry, a gdy wreszcie znalazła się na ziemi, zamknęła pana Sama w mocnym niedźwiadkowym uścisku.
– Bardzo dziękuję. Było super! To najlepsze wakacje na świecie! – powiedziała. Uśmiech miała szeroki, w rozczochranych włosach jakieś szczątki kwiatów, a ogrodniczki brudne od ziemi. Była szczęśliwa. Nie. Była przeszczęśliwa. W tym momencie do jej uszu dobiegł ją głos mamy. Odkleiła się od pana Sama, posłała mu kolejny uśmiech, a potem pędęm rzuciła się w stronę blondwłosej czarownicy, a gdy wreszcie do niej dobiegła i jej rzuciła się na szyję.
– Nic ci nie jest? Widziałaś jak świetnie sobie radziliśmy? Myślisz, że naprawdę będę mogła kiedyś latać na hipogryfach, skoro tak dobrze mi idzie? Fajnie było nie? Wiesz, nie przejmuj się. Po prostu potrzebujesz trochę poćwiczyć, myślę, że tak za trzy miesiące się nauczysz i wtedy będzie dobrze. Zaraz... – Zmarszczyła brwi. Czy za trzy miesiące nie będzie za zimno na tego typu wyścigi. Spojrzała na swojego kota. – Karl, jaki będzie miesiąc za trzy miesiące?
– Brumaire.
– Co?
Karl westchnął.
– Listopad kochanie.
– WYGRALIŚMY! – wykrzyknęła po raz kolejny, gdy pan Sam zaczął podrzucać ją w powietrzu, a jej krzyki triumfu był przeplatamy szczerym śmiechem. Gdzieś tam mama zaliczyła upadek w trawę, ale Mabel na razie nie zauważyła tego faktu w przeciwieństwie do Karla, który upewniwszy się, że z jej przyjaciółką jest wszystko dobrze powolnym krokiem ruszył w kierunku starszej Figg.
– WYGRALIŚMY, WYGRALIŚMY! – krzyczała nawet wtedy, gdy stracili równowagę i sami tarzali się teraz w kwiatach.
Oh co to była za cudowne zwycięstwo! I to jeszcze w wyścigu na niedźwiedziu! Dała się znowu podrzucić do góry, a gdy wreszcie znalazła się na ziemi, zamknęła pana Sama w mocnym niedźwiadkowym uścisku.
– Bardzo dziękuję. Było super! To najlepsze wakacje na świecie! – powiedziała. Uśmiech miała szeroki, w rozczochranych włosach jakieś szczątki kwiatów, a ogrodniczki brudne od ziemi. Była szczęśliwa. Nie. Była przeszczęśliwa. W tym momencie do jej uszu dobiegł ją głos mamy. Odkleiła się od pana Sama, posłała mu kolejny uśmiech, a potem pędęm rzuciła się w stronę blondwłosej czarownicy, a gdy wreszcie do niej dobiegła i jej rzuciła się na szyję.
– Nic ci nie jest? Widziałaś jak świetnie sobie radziliśmy? Myślisz, że naprawdę będę mogła kiedyś latać na hipogryfach, skoro tak dobrze mi idzie? Fajnie było nie? Wiesz, nie przejmuj się. Po prostu potrzebujesz trochę poćwiczyć, myślę, że tak za trzy miesiące się nauczysz i wtedy będzie dobrze. Zaraz... – Zmarszczyła brwi. Czy za trzy miesiące nie będzie za zimno na tego typu wyścigi. Spojrzała na swojego kota. – Karl, jaki będzie miesiąc za trzy miesiące?
– Brumaire.
– Co?
Karl westchnął.
– Listopad kochanie.