07.08.2024, 12:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:20 przez Lorraine Malfoy.)
Opuszczam BALKON. Gram razem z Celine na fortepianie.
– Uczciłabym tę tragedię minutą ciszy – rzuciła lekko Lorraine – ale Ravel mnie wzywa. Proszę o wybaczenie.
Kaskada dźwięków fortepianu szczęśliwie zagłuszyła grecki chór w głowie Lorraine, który – zamiast drżeć na wieść o zwiastowanym przez Eden upadku, jak to zwykle bywało w przyzwoitej tragedii – zanosił się śmiechem, podtrzymując starannie udrapowane togi jak białe flagi kapitulacji, bo jeszcze chwila i tragedia zmieniłaby się w komedię – jeszcze chwila i Lorraine wybuchłaby głośnym chichotem, co poważnym towarzystwie nie przystało przecież damie.
Musnęła ramię Eden zanim odeszła, odprowadzając kuzynkę uśmiechem: gestem szybkim, poufałym, krzepiącym w swojej familiaryjności – nigdzie nie uciekam, mówiły oczy Lorraine, jak zawsze zapatrzonej w kobietę, więc nie waż się umierać beze mnie – ostatnim spojrzeniem spod opuszczonych rzęs obdarzyła także Aryamana, decydując kapryśnie, że pożegna go milczeniem, bo to – jest przecież droższym od złota. Zastanawiała się, czy nie zasugerować Anthony'emu otworzenie menażerii. Determinacja mężczyzny w kolekcjonowaniu wybryków natury – do których ona sama także się zaliczała – była nader rozczulająca: byłby to jednak afront wobec jej kuzynki, której proponował współpracę, a która była dotąd najnormalniejszą z inwestycji Shafiqa.
Zignorowała póki co Roberta, któremu – po chwili namysłu – zdiagnozowała kryzys wieku średniego. Jak inaczej wytłumaczyć bowiem niespodziewany ślub z dalece młodszą kobietą, lepienie świeczek w kształcie męskich członków i nagłą rekoncyliację z dawno porzuconym synem? Uśmiechnęła się słodko do Roberta i do towarzyszącej mu Lorien – nie złośliwie, lecz niemal współczująco – doktor Prewett mógł dostrzec w tym życzliwym uśmiechu stonowaną manierę lekarza, który uświadamia swego pacjenta o tym, że rokowania może i są fatalne – ale nadzieja umiera ostatnia.
Fortepian przyciągał ją ku sobie.
Ułożyła delikatnie dłoń na ramieniu Celine, kiedy – z roziskrzonymi oczami i twarzą pojaśniała z zachwytu – stanęła obok wiły pochłoniętej grą, dając jej znać, że nie zapomniała o wcześniej złożonej obietnicy. Celine grała pięknie, z wielką wprawą, ale i uczuciem: miała wszystko z gracji wiły, ale nic z jej odstręczającej dzikości – tej, której tak nie lubiła w sobie Lorraine – grała z frywolnością Oleandra, elegancją Umbriela, idealizmem Anthony’ego, a jednocześnie była osobnym bytem, nieporównywalnym do nikogo innego: tylu, ilu było pianistów, tyle było przecież interpretacji.
Westchnęła cicho nad uchem Celine.
– Celine Delacour, w twoich żyłach płynie muzyka. Linie na twych dłoniach układają się w zapis nutowy śmiechu bogów.
Zaczekała na odpowiedni moment, zanim usiadła obok artystki, uwalniając ją od konieczności krzyżowania rąk, które w kompozycjach francuskiego impresjonisty jak w świętym ceremoniale kreśliły w powietrzu skomplikowane rytualne znaki – to jest ceremoniał, stwierdziła, przekładając karty partytury z takim samym namaszczeniem, z jakim przewracała kartki modlitewnika. Palce Lorraine oblepione były świętością. Dotykała klawiszy powlekanych kością słoniową tak jakby dotykała ukochaną. Raz delikatnie, raz stanowczo – zawsze czule, zawsze z rozmiłowaniem. Kiedy grała, grała całą sobą: traciła panowanie nad twarzą, zapominała o samokontroli – poza legilimencją, był to jedyny sposób, w jaki potrafiła w pełni przeżywać targające nią emocje – zapomniała o ludziach dookoła, była tylko ona, Celine, i fortepian. I Ravel, oczywiście.
charyzma – rzut na moc wili
muzyczny post
– Uczciłabym tę tragedię minutą ciszy – rzuciła lekko Lorraine – ale Ravel mnie wzywa. Proszę o wybaczenie.
Kaskada dźwięków fortepianu szczęśliwie zagłuszyła grecki chór w głowie Lorraine, który – zamiast drżeć na wieść o zwiastowanym przez Eden upadku, jak to zwykle bywało w przyzwoitej tragedii – zanosił się śmiechem, podtrzymując starannie udrapowane togi jak białe flagi kapitulacji, bo jeszcze chwila i tragedia zmieniłaby się w komedię – jeszcze chwila i Lorraine wybuchłaby głośnym chichotem, co poważnym towarzystwie nie przystało przecież damie.
Musnęła ramię Eden zanim odeszła, odprowadzając kuzynkę uśmiechem: gestem szybkim, poufałym, krzepiącym w swojej familiaryjności – nigdzie nie uciekam, mówiły oczy Lorraine, jak zawsze zapatrzonej w kobietę, więc nie waż się umierać beze mnie – ostatnim spojrzeniem spod opuszczonych rzęs obdarzyła także Aryamana, decydując kapryśnie, że pożegna go milczeniem, bo to – jest przecież droższym od złota. Zastanawiała się, czy nie zasugerować Anthony'emu otworzenie menażerii. Determinacja mężczyzny w kolekcjonowaniu wybryków natury – do których ona sama także się zaliczała – była nader rozczulająca: byłby to jednak afront wobec jej kuzynki, której proponował współpracę, a która była dotąd najnormalniejszą z inwestycji Shafiqa.
Zignorowała póki co Roberta, któremu – po chwili namysłu – zdiagnozowała kryzys wieku średniego. Jak inaczej wytłumaczyć bowiem niespodziewany ślub z dalece młodszą kobietą, lepienie świeczek w kształcie męskich członków i nagłą rekoncyliację z dawno porzuconym synem? Uśmiechnęła się słodko do Roberta i do towarzyszącej mu Lorien – nie złośliwie, lecz niemal współczująco – doktor Prewett mógł dostrzec w tym życzliwym uśmiechu stonowaną manierę lekarza, który uświadamia swego pacjenta o tym, że rokowania może i są fatalne – ale nadzieja umiera ostatnia.
Fortepian przyciągał ją ku sobie.
Ułożyła delikatnie dłoń na ramieniu Celine, kiedy – z roziskrzonymi oczami i twarzą pojaśniała z zachwytu – stanęła obok wiły pochłoniętej grą, dając jej znać, że nie zapomniała o wcześniej złożonej obietnicy. Celine grała pięknie, z wielką wprawą, ale i uczuciem: miała wszystko z gracji wiły, ale nic z jej odstręczającej dzikości – tej, której tak nie lubiła w sobie Lorraine – grała z frywolnością Oleandra, elegancją Umbriela, idealizmem Anthony’ego, a jednocześnie była osobnym bytem, nieporównywalnym do nikogo innego: tylu, ilu było pianistów, tyle było przecież interpretacji.
Westchnęła cicho nad uchem Celine.
– Celine Delacour, w twoich żyłach płynie muzyka. Linie na twych dłoniach układają się w zapis nutowy śmiechu bogów.
Zaczekała na odpowiedni moment, zanim usiadła obok artystki, uwalniając ją od konieczności krzyżowania rąk, które w kompozycjach francuskiego impresjonisty jak w świętym ceremoniale kreśliły w powietrzu skomplikowane rytualne znaki – to jest ceremoniał, stwierdziła, przekładając karty partytury z takim samym namaszczeniem, z jakim przewracała kartki modlitewnika. Palce Lorraine oblepione były świętością. Dotykała klawiszy powlekanych kością słoniową tak jakby dotykała ukochaną. Raz delikatnie, raz stanowczo – zawsze czule, zawsze z rozmiłowaniem. Kiedy grała, grała całą sobą: traciła panowanie nad twarzą, zapominała o samokontroli – poza legilimencją, był to jedyny sposób, w jaki potrafiła w pełni przeżywać targające nią emocje – zapomniała o ludziach dookoła, była tylko ona, Celine, i fortepian. I Ravel, oczywiście.
charyzma – rzut na moc wili
Rzut Z 1d100 - 97
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 15
Akcja nieudana
Akcja nieudana