- Słucham? Nie, nie, nie. Wychodzi na to, że ja tutaj jestem najbardziej zwyczajna na świecie. - Odparła z nieukrywanym entuzjazmem, bo to nie zdarzało się zbyt często.
- Nigdy w życiu bym cię nie zaatakowała, więc nie musisz się bać Ericzku, wiesz przecież, chyba, że to będzie kolejny przyjacielski sparing. Chętnie znowu skopię ci dupę. - Może ostatnio jej się to nie udało, bo przypadkiem wywaliła się na ryj, ale najwyraźniej wyparła to z pamięci i wróciła do tych lepszych wspomnień, kiedy to ona zwyciężała w pojedynkach z przyjacielem.
Gerry przez lata stała się dosyć mocno tolerancyjna jeśli chodzi o egzystowanie w towarzystwie mieszańców genetycznych. Okazało się bowiem, że wielu z jej znajomych coś dolega. Zresztą jej własny brat był wampirem, to musiałaby być mocna hipokryzja gdyby postanowiła na kogoś podobnego pokroju polować.
- Białe to są tylko kreski, które wciąga. - Rzuciła z promiennym uśmiechem do Longbottoma. Widać nie miała tyle nadziei, co on. Raczej zakładała to, co najgorsze.
- Dobra, ta aukcja to może był lekki przypał, co wcale nie zmienia faktu, że uzyskaliście na niej sporo funduszy, więc wychodzi, że zadziałało. - Pewnie sama by sie wkurzyła, gdyby ktoś wystawił ją na licytacji, no ale cel był szczytny, to było najważniejsze. Liczyły się intencje. - Mogę ci obiecać, że jeśli kiedyś się to powtórzy, to ja cię kupię. - Dodała jeszcze z nieco złośliwym uśmiechem.
- Nawet mi nie przypominaj tego Lammas... - Było to jedno z doświadczeń do którego panna Yaxley wolałaby nie wracać.
[a]Koncert, cóż. Nie było to coś, co leżało w kręgu zainteresowań Geraldine Yaxley. Prędzej odnalazłaby się w mugolskim Londynie, tańcząc na barze w jakieś taniej knajpie, ale cóż. Skoro miał być koncert. To musiała go wysłuchać, muzyka jej raczej nie przeszkadzała, ale też nigdy specjalnie nie zwracała na nią uwagi. Chyba, że ktoś grał na jakimś nietypowym instrumencie pokroju dud, czy rogów, bo z tego można było zrobić całkiem niezłą broń.
Zmrużyła oczy i przyglądała się Anthony'emu, który najwyraźniej znał się na muzyce. Cóż, wyglądał na takiego. Bogaty, z dobrego domu, typowy czystokrwisty który interesuje się tym, czym powinien. Niestety w przeciwieństwie do niego Gerry nie miała nic do powiedzenia na ten temat, bo to nie leżało w szeregu jej pasji. Wolała noże, broń, czy inne takie. Uśmiechnęła się jednak do niego i kiwała głową, jakby faktycznie rozumiała co do niej mówi.
Nie mogła oczywiście powiedzieć, że kobiety nie grały ładnie. Wpatrywała się w nie przez chwilę, zachwycona, dziwne, bardzo dziwne, bo zazwyczaj tego nie robiła. Cóż, może wiłe rzuciły na nią swój urok? W końcu wiedziała, że to one, nie liczyło się to jednak, nie kiedy muzyka grała tak pięknie.
Shafiq wspomniał o wodzie, Gerry przykmnęła oczy i odpłynęła gdzieś daleko. Zdecydowanie wolałaby być teraz tam, gdzie znajdowała się wczoraj, na ognisku przy Thomasie, przypomniał jej się szum fal, który im towarzyszył. Tak, to było całkiem miłe, później zawędrowała jeszcze dalej, jezioro Windermere, gdzie leżała na pomoście z Esmé i niczym się nie martwiła. Zrobiło jej się jakoś tak cieplej i przyjemniej, gdy o tym wszystkim myślała. Szkoda, że nie było tu żadnego z tych mężczyzn.