07.08.2024, 20:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2024, 20:45 przez Jonathan Selwyn.)
Jonathan jeszcze przez chwilę przygladał mu się z uwagą. Będzie musiał mieć w najbliższym czasie oko na Longbottoma, by upewnić się jak to wyglądało z jego strony. Nie sprawdzi przecież nici, która łączyła go z Shafiqiem. Sprawdzi natomiast wszystkie inne, tak by upewnić się, że Erik był odpowiednim kandydatem dla jego przyjaciela. I może nieco bardziej spróbuje zrozumieć, jak działał ten konkretny Longbottom, aby lepiej wiedzieć, co doradzać Anthony'emu w sytuacjach takich jak ta.
– Och, kochany, przecież na randkę poszedłem też z Lottie. Dopóki byśmy się nie całowali wszystko byłoby w porządku – oznajmił wciąż żartując, chociaż... Może... Może kiedyś to nie byłyby znowu takie żarty.
Powoli stawało się dla niego jasnym, że nie będzie mógł już dłużej uciekać przed tym kolejnym wyznaniem, nie ważne, jak bardzo chciałby przeciągnąć tę chwilę w nieskończoność, swobodnie rozmawiając ze swoim przyjacielem o jego miłości. Jonathan spojrzał na rękę Tony'ego zakotwiczoną na jego ramieniu i powstrzymał się, aby nie odsunąć się od niego. Nie dlatego, że było to dla niego w jakikolwiek niekomfortowe. Wręcz przeciwnie, sposób w jaki Anthony w tym momencie zapewniał mu przestrzeń na rozmowę, było bardziej kojące, niż otaczająca ich ciepła woda i Selwyn nie mógł znieść myśli, że oto dostawał właśnie coś na co chyba nie zasłużył. Bo co z tego, że mógł powiedzieć Shafiqowi wszystko, gdy to i tak wiązało się z konsekwencjami? Nie poruszył się jednak, a jedynie wydusił z siebie kolejny słaby uśmiech.
Mów.
Kiedy można powiedzieć, że ktoś jest prawdziwym przyjacielem? Kiedy, jak nie w chwilach, takich jak ta. Przymknął na chwilę oczy, próbując zebrać myśli.
– Ja... – zaczął, wpatrując się w spojrzenie stalowych tęczówek, tak niekiedy chłodnych, a jednak w jego odczuciu zawsze pełnych ciepła. – Kiedy... Wróciłem z Paryża mogłem zabrać ze sobą również bagaż pewnego nieprzyjemnego rozstania. – Opowiadał im o swoich pierwszych francuskich romansach. Opowiadał o randkach, na których bywał, a do Londynu przybył z zaklętym śladem damskiej dłoni na policzku, który uparcie schodził ponad dwa tygodnie i wymagał wielu specyfików Potterów, by go przykryć. W rzeczywistości ślad ten rzuciła na niego jakaś francuską aktywistka polityczna na kilka dni przed jego wyjazdem, protestująca w sprawie cen eskporru wina, atakująca podobnymi "klątwami" każdego polityka, który się jej akurat napatoczył, licząc że uprzykrzy im tym trochę życie. Nie miała pojęcia, jak na rękę było Selwynowi w tamtym momencie, coś na bazie czego mógł stworzyć zgrabną historię, aby zatuszować swoje prawdziwe francuskie dramaty miłosne. – Kiedy wróciłem, próbowałem to ignorować, to i tak był koniec. – Zaśmiał się cicho, och jaki był wtedy głupi. – Tylko, że zacząłem dostawać listy, liczyłem że z czasem one ucichną, każdemu się przecież w końcu coś takiego musi znudzić, każdy kiedyś zrozumie, że nie ma już szansy, ale... Ale w dniu moich urodzin, dostałem kolejną wiadomość. Wiadomość pełną gróźb w waszą stronę. Najwyraźniej jesteście dla niego tym, co ukradło mnie od niego.