07.08.2024, 23:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2024, 18:38 przez Alexander Mulciber.)
ŁAZIENKA: z Urlett i Isaacem
– Intencje, nie myśli – poprawił odruchowo Isaaca, przyjmując od niego piersiówkę. Pociągnął łyk, krzywiąc się lekko, pociągnął i drugi. Wytarł usta wierzchem dłoni. Starał się nie pokazać po sobie, jak bardzo obrzydziła go zaproponowana przez Isaaca wizja. Gdybym słyszał myśli innych ludzi, wyobraził sobie niekończący się słowotok, infiltrujący struktury jego umysłu, polifonię głosów, które nigdy nie cichły, niechybnie bym oszalał. Kiwnął głową w niemym podziękowaniu, zwracając piersiówkę Bagshotowi. Potrzebował przepłukać usta, w których nagromadziła się gęsta ślina, przypominająca o nikotynowym głodzie.
– Świat pełen jest oszustów, panie Bagshot – stwierdził, patrząc, jak Isaac siada naprzeciwko. – Mężowie zdradzają żony, żony oszukują mężów, dzieci kłamią rodzicom, rodzice manipulują dziećmi. Pracodawcy wyzyskują pracowników, którzy tylko udają, że pracują. Kasyna oszukują graczy, którzy zamiast liczyć na łut szczęścia, liczą karty. Nawet teraz – kiedy rozmawiamy – Marcus Flitwick próbuje oszwabić pannę Zamfir na pieniądze, a Atreus Bulstrode wywraca gacie, żeby ukryć kolejnego waleta karo. Kłamiemy, jesteśmy obłudni, składamy obietnice bez pokrycia, żyjemy złudzeniami. Wszyscy jesteśmy oszustami, a największym oszustem jest ten, kto twierdzi, że świat działa inaczej.
To nie była prawda. Największym oszustem był Alexander Mulciber – był oszustem, bo oszukiwał samego siebie.
Podniósł oczy na Urlett. Przez chwilę tylko mierzył ją spojrzeniem, porównywał ją z kobietą z przechowalni wspomnień, z przechowalni kobiet – gromadził je na półkach pamięci jak przepowiednie składowane w Departamencie Tajemnic, choć brakowało tej kolekcji jakiejkolwiek systematyczności: większość nie była podpisana – nigdy nie trudził się zapamiętywaniem ich imion – wszędzie leżało strzaskane szkło: chrzęściło mu pod stopami, kiedy krążył niecierpliwie między regałami – jego rękom zawsze brakowało delikatności – bo znów to gubił się w plątaninie korytarzy, by powrócić do tej jednej przepowiedni – być może jedynej w jego życiu – tej, która nie była jego, a mimo to, strzegł jej zazdrośnie, wierząc, że kiedyś się spełni. Nie zamierzał dzielić się z nikim jej zawartością. Nie zamierzał dzielić się z nikim imieniem, którym była podpisana. Chciał Ambrosię tylko dla siebie.
Pamiętał Urlett. Pamiętał ją dobrze i wstydził się powodu, dla którego ją pamiętał – wstydził się powodu, dla którego w ogóle zaciągnął ją do łóżka tych dobrych kilka lat temu. Miała blond włosy Ambrosii, złote oczy Mildred i była kompletnie szalona, tak jak jego matka. Czy doszedł do tych wniosków na trzeźwo, czy były one produktem umysłu zamroczonego narkotykiem – tego nie był pewien – wiedział tylko, że musiał ją wtedy mieć, musiał poczuć, jak to jest, musiał odetchnąć od Loretty, musiał przypomnieć sobie, że dalej ma w sobie coś, co lubią kobiety, że dalej jest sobą, a nie tylko pustą skorupą człowieka z duszą wyżartą przez heroinę.
Kim jest twoja obecna żona? Miał ochotę się roześmiać. Ostatnio wszystkich nurtowało to pytanie, a jego chyba najbardziej. Może powinien przedstawić jej Eden?
– Nie będę się z tobą ruchać, Urlett – zakomunikował krótko, nie siląc się na żadne wyjaśnienia. Przechylił lekko głowę, w dalszym ciągu opierając się o ścianę, i uśmiechnął się obrzydliwie do stojącej przed nim kobiety: ta deklaracja nie przeszkodziła mu bowiem w bezczelnym rozbieraniu jej wzrokiem.
– Intencje, nie myśli – poprawił odruchowo Isaaca, przyjmując od niego piersiówkę. Pociągnął łyk, krzywiąc się lekko, pociągnął i drugi. Wytarł usta wierzchem dłoni. Starał się nie pokazać po sobie, jak bardzo obrzydziła go zaproponowana przez Isaaca wizja. Gdybym słyszał myśli innych ludzi, wyobraził sobie niekończący się słowotok, infiltrujący struktury jego umysłu, polifonię głosów, które nigdy nie cichły, niechybnie bym oszalał. Kiwnął głową w niemym podziękowaniu, zwracając piersiówkę Bagshotowi. Potrzebował przepłukać usta, w których nagromadziła się gęsta ślina, przypominająca o nikotynowym głodzie.
– Świat pełen jest oszustów, panie Bagshot – stwierdził, patrząc, jak Isaac siada naprzeciwko. – Mężowie zdradzają żony, żony oszukują mężów, dzieci kłamią rodzicom, rodzice manipulują dziećmi. Pracodawcy wyzyskują pracowników, którzy tylko udają, że pracują. Kasyna oszukują graczy, którzy zamiast liczyć na łut szczęścia, liczą karty. Nawet teraz – kiedy rozmawiamy – Marcus Flitwick próbuje oszwabić pannę Zamfir na pieniądze, a Atreus Bulstrode wywraca gacie, żeby ukryć kolejnego waleta karo. Kłamiemy, jesteśmy obłudni, składamy obietnice bez pokrycia, żyjemy złudzeniami. Wszyscy jesteśmy oszustami, a największym oszustem jest ten, kto twierdzi, że świat działa inaczej.
To nie była prawda. Największym oszustem był Alexander Mulciber – był oszustem, bo oszukiwał samego siebie.
Podniósł oczy na Urlett. Przez chwilę tylko mierzył ją spojrzeniem, porównywał ją z kobietą z przechowalni wspomnień, z przechowalni kobiet – gromadził je na półkach pamięci jak przepowiednie składowane w Departamencie Tajemnic, choć brakowało tej kolekcji jakiejkolwiek systematyczności: większość nie była podpisana – nigdy nie trudził się zapamiętywaniem ich imion – wszędzie leżało strzaskane szkło: chrzęściło mu pod stopami, kiedy krążył niecierpliwie między regałami – jego rękom zawsze brakowało delikatności – bo znów to gubił się w plątaninie korytarzy, by powrócić do tej jednej przepowiedni – być może jedynej w jego życiu – tej, która nie była jego, a mimo to, strzegł jej zazdrośnie, wierząc, że kiedyś się spełni. Nie zamierzał dzielić się z nikim jej zawartością. Nie zamierzał dzielić się z nikim imieniem, którym była podpisana. Chciał Ambrosię tylko dla siebie.
Pamiętał Urlett. Pamiętał ją dobrze i wstydził się powodu, dla którego ją pamiętał – wstydził się powodu, dla którego w ogóle zaciągnął ją do łóżka tych dobrych kilka lat temu. Miała blond włosy Ambrosii, złote oczy Mildred i była kompletnie szalona, tak jak jego matka. Czy doszedł do tych wniosków na trzeźwo, czy były one produktem umysłu zamroczonego narkotykiem – tego nie był pewien – wiedział tylko, że musiał ją wtedy mieć, musiał poczuć, jak to jest, musiał odetchnąć od Loretty, musiał przypomnieć sobie, że dalej ma w sobie coś, co lubią kobiety, że dalej jest sobą, a nie tylko pustą skorupą człowieka z duszą wyżartą przez heroinę.
Kim jest twoja obecna żona? Miał ochotę się roześmiać. Ostatnio wszystkich nurtowało to pytanie, a jego chyba najbardziej. Może powinien przedstawić jej Eden?
– Nie będę się z tobą ruchać, Urlett – zakomunikował krótko, nie siląc się na żadne wyjaśnienia. Przechylił lekko głowę, w dalszym ciągu opierając się o ścianę, i uśmiechnął się obrzydliwie do stojącej przed nim kobiety: ta deklaracja nie przeszkodziła mu bowiem w bezczelnym rozbieraniu jej wzrokiem.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat