12.01.2023, 00:12 ✶
- Tak, we własnej skromnej osobie – odparła. Dość typowo dla siebie, więc widać nie planowała jednak trzymać się procedur aż tak ściśle, jak mogłoby się wydawać.
W głębi serca współczuła Fergusowi. Strachu, jakiego się najadł, bólu, jaki miał za sobą, rekonwalescencji, która go czekała. Jednocześnie nie planowała tego współczucia okazywać. Przynajmniej nie na razie. Nie tym razem. Bo cała sytuacja, do jakiej doszło w gabinecie Flinta, nie wyglądała na wypadek, na który nikt nic nie mógł zaradzić.
Nie wiedziała jeszcze, co się stało, ale wątpiła, by czarnomagiczny artefakt nagle sam wskoczył do pokoju, kiedy grzecznie randkowali, i zaatakował rękę Ollivandera. Brenna nie planowała wprawdzie z tego powodu krzyczeć, rozrywać na strzępy czy (zgodnie z zapowiedzią daną w stresie) kogokolwiek dusić, ale na pewno nie była pełna zachwytu. Zwłaszcza, że wypadku nie dało się ukryć po tym, jak na miejsce ściągnięto pracowników Munga i mógł mieć daleko idące konsekwencje.
- Nie, nikomu nic nie jest. Castiel potrzebuje kilku godzin snu, eliksiru wzmacniającego i będzie jak nowy – zapewniła Brenna. Nie chciała stać nad Fergusem niczym diabeł nad dobrą duszą, przysunęła więc sobie krzesło, by usiąść obok niego. – Artefakt wybuchł, na szczęście nic nikomu przy okazji się nie stało. Straciłeś przytomność. Cas użył zaklęcia, które dodawało ci sił, ja wezwałam na pomoc uzdrowicielkę i tamowałam krwawienie. Gdy pojawiła się Dani, daliśmy radę ustabilizować cię na tyle, żeby możliwy był transport do Munga – zrelacjonowała. Lakoniczne słowa, upraszczające wszystko, co stało się w tamtym pomieszczeniu. Pomijające cały strach, desperację, niemalże panikę. To, jak było blisko. Gdyby Flint nie zdołał zdjąć czaru, gdyby nie postawiła tarczy na czas, gdyby Dani się nie pojawiła, gdyby zaklęcie Castiela nie podziałało, gdyby nie dała rady szybko znaleźć potrzebnych mikstur…
Tak wiele „gdyby”.
Wszyscy mieli mnóstwo szczęścia, włącznie z nią.
- Twoi bliscy na razie nie wiedzą, ale odwiedzę twojego ojca i poślę wiadomość Norze, kiedy stąd wyjdę – uprzedziła jeszcze. Ollivander miał spędzić w szpitalu przynajmniej kilka dni, żadne ukrywanie wypadku nie wchodziło w grę, na pewno oboje zauważyliby jego nieobecność.
Brenna złączyła opuszki palców, spoglądając znad tak złożonych dłoni na Fergusa z pewną powagą, na jej twarzy goszczącą dość rzadko. Bo tym razem była szczera, nie udawana.
- Fergus, jak twoja ręka znalazła się w czarnomagicznym artefakcie wysokiego ryzyka?
W głębi serca współczuła Fergusowi. Strachu, jakiego się najadł, bólu, jaki miał za sobą, rekonwalescencji, która go czekała. Jednocześnie nie planowała tego współczucia okazywać. Przynajmniej nie na razie. Nie tym razem. Bo cała sytuacja, do jakiej doszło w gabinecie Flinta, nie wyglądała na wypadek, na który nikt nic nie mógł zaradzić.
Nie wiedziała jeszcze, co się stało, ale wątpiła, by czarnomagiczny artefakt nagle sam wskoczył do pokoju, kiedy grzecznie randkowali, i zaatakował rękę Ollivandera. Brenna nie planowała wprawdzie z tego powodu krzyczeć, rozrywać na strzępy czy (zgodnie z zapowiedzią daną w stresie) kogokolwiek dusić, ale na pewno nie była pełna zachwytu. Zwłaszcza, że wypadku nie dało się ukryć po tym, jak na miejsce ściągnięto pracowników Munga i mógł mieć daleko idące konsekwencje.
- Nie, nikomu nic nie jest. Castiel potrzebuje kilku godzin snu, eliksiru wzmacniającego i będzie jak nowy – zapewniła Brenna. Nie chciała stać nad Fergusem niczym diabeł nad dobrą duszą, przysunęła więc sobie krzesło, by usiąść obok niego. – Artefakt wybuchł, na szczęście nic nikomu przy okazji się nie stało. Straciłeś przytomność. Cas użył zaklęcia, które dodawało ci sił, ja wezwałam na pomoc uzdrowicielkę i tamowałam krwawienie. Gdy pojawiła się Dani, daliśmy radę ustabilizować cię na tyle, żeby możliwy był transport do Munga – zrelacjonowała. Lakoniczne słowa, upraszczające wszystko, co stało się w tamtym pomieszczeniu. Pomijające cały strach, desperację, niemalże panikę. To, jak było blisko. Gdyby Flint nie zdołał zdjąć czaru, gdyby nie postawiła tarczy na czas, gdyby Dani się nie pojawiła, gdyby zaklęcie Castiela nie podziałało, gdyby nie dała rady szybko znaleźć potrzebnych mikstur…
Tak wiele „gdyby”.
Wszyscy mieli mnóstwo szczęścia, włącznie z nią.
- Twoi bliscy na razie nie wiedzą, ale odwiedzę twojego ojca i poślę wiadomość Norze, kiedy stąd wyjdę – uprzedziła jeszcze. Ollivander miał spędzić w szpitalu przynajmniej kilka dni, żadne ukrywanie wypadku nie wchodziło w grę, na pewno oboje zauważyliby jego nieobecność.
Brenna złączyła opuszki palców, spoglądając znad tak złożonych dłoni na Fergusa z pewną powagą, na jej twarzy goszczącą dość rzadko. Bo tym razem była szczera, nie udawana.
- Fergus, jak twoja ręka znalazła się w czarnomagicznym artefakcie wysokiego ryzyka?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.