Bywały oczy, w których można było zatonąć. Takie oczy, które kochały - jak morze - i muskaniem fal zapraszały do tego, żeby zagłębić się w ich tajemnice. Zostań, usiądź, posłuchaj ich pieśni. Głęboko tonąca muzyka to nie wszystko, co dzisiaj dla siebie wyciągniesz, to jedynie jej początek. Głęboko skrywane sekrety to nie wszystko, co dzisiaj tu zobaczysz - to tylko miękki piasek pod stopami. Prawdziwe skarby kryły się pod złoto-srebrzystymi perełkami, które od niechcenia i leniwie piaskiem nazywali. Prawdziwy sekret to ten, że sekrety były ukryte - i wiły się głęboko między glonami i muszelkami, owijane nimi jak ciało kochanki. Były takie oczy... takie oczy, na których plaży stałeś, potem już moczyłeś stopy, a zaraz byłeś w nich po kolanach. Gdzie był ich kres? Gdzie określono horyzont? Czy to jeszcze niebo, czy już ziemia zlewała się błękitem z błękitem - ani to płaska, ani okrągła. Łączyła się z Wszechświatem. Kosmos nad twoją głową przybierał dokładnie taką barwę, jaka czuwała nad tobą i w którą się przyoblekałeś, a radośniejszym mrugał dodatkowo gwiazdkami. Były takie oczy, które witały ostrością skał i sztormem - ale to nie były te oczy. Oczy Morpheusa były tymi, które kochały jak morze. I chociaż Laurent jeszcze nie widział w swoim życiu morza brązowego, to już nie miał wątpliwości, że ono istnieje. Jak w końcu zwątpić w to, co widzisz tuż przed sobą.
W momentach ciszy brzmiała ona tak, jak brzmiały najdelikatniejsze muśnięcia fortepianu. Płaczliwe, łkające, tak delikatne, że były jak kaszmir wyciągnięty z jego domu, co opatulał ciało kochanki. Morpheus milczał - a jego mrugnięcia, te rzadkie i pojedyncze, zdawały się wydawać dźwięki. Szmer kurtyny, szmer kotary, dobre przedstawienie, po którym drżało serce, a ty nie możesz oderwać oczu od sceny. I cóż, że na scenie się działo, ciągle i wciąż, a ludzie gotowi klaskać. W tej ciszy wydawało mu się, że Morpheus mówił bardzo wiele. Że opowiadał każdym wyważonym gestem historię o czymś, co jego ułomny zmysł słuchu nie mógł pojąć. O czym nie mogło się coś zapisać w jego głowie. Mądrzejszy, większy, przystojniejszy. Lepszy. Tak, to było to słowo wyłaniające się z okręgu myśli. Czy to narkotyk jeszcze płatał figle, czy nadmierny romantyzm - nie miało to znaczenia. Mógł patrzeć w ciszy i między dźwiękami na Morpheusa Longbottoma i zastanawiać się nad tym, co na celu ma ten ruch kart, co to za przyszłość, czemu miałby sypać krytycyzmy, ale w gruncie rzeczy jego umysł się rozpływał, jak mogło rozpłynąć się ciało. Jak mógłby inaczej?
Przecież najbardziej na świecie ukochał sobie Morze.
- Ciężko mi znaleźć nastrój na krytykę w morzu wspaniałości. - Prawie zamruczał - prawie, bo jego śpiewny głos skowronka wcale nie miał mruczącej, kociej nuty, którą niektórzy uwielbiali. Lecz leniwość chwili, która była coraz bardziej owijająca zmysły, jakby Morpheus był morfiną jego codzienności, słodkim zakończeniem bolesnego dnia, zachęcała do rozluźnienia, a głos do spadku tonu. - W takich miejscach jak to nie przychodzi się jej szukać. Do takich miejsc się przychodzi, żeby swoich słabości być towarzyszem. - Uśmiechnął się niemal psotnie - przecież byli w miejscu, które dla większości ludzi tutaj było mekką słodyczy i słodzenia. Rozpusty, która nie ważyła grzechów, nie wytykała palcami, nie oceniała.
Laurent zapomniał już, że miał o coś pytać. Rzeź i jej bogowie jakimś obcym elementem prześlizgnęła się po jego skórze, jakimś smutkiem, jakąś złą nutą... a przypomnieniem było dopiero pouczenie Morpheusa.
- Jak bardzo będzie jutro boleć? - Zanim dobrze sobie uzmysłowił, co w zasadzie robi, to opierał się w ten właśnie leniwy sposób o blat, podpierał głowę, wcale nie elegancko - prawie jak kobieta, która zaraz wyciągnie zgrabne nogi na kanapie, śląc powłóczyste spojrzenia, a ty nie wiesz - malować ją pędzlem na płótnie, czy malować jej skórę palcami?