Niewinność była kłamstwem. Nie istniały istoty niewinne. Istniały tylko istoty, które bardzo ładnie wyglądały w opakowaniu niewinności. W ich pozorze. Biel materiału i urocze falbanki. Kilka wstążek i platynowe włosy. Niewinność miała jeden uśmiech i duże oczy. Pozór. Ułuda. Laurent nie myślał teraz o tym, że może stać się ofiarą i dołączyć do ciał, które leżały w tamtym miejscu i sprzątano je jak śmierci - pet wyrzucony na drogę, przygnieciony butem, żeby już nie płonął i dogasnął dym. Nie myślał o tym, że przecież to nieodpowiedzialne, że powinien poprosić Astarotha, żeby stąd poszedł i nie narażał ich obu na konsekwencje tej głupoty, na którą blondyn gotowy nie był. Może nawet nigdy nie będzie. Myślał głównie o tym, że nie chciał zostać sam. Gdzieś tam w sobie wiedział, że to odpowiedzialne nie było, ale świadomie rezygnował z ostrożności. Z paskudną myślą wykorzystania, że skoro tak tańczył ten świat to Astaroth mógł równie dobrze wydrenować jego krew, pozbawić go jej - może wtedy lepiej uśnie? Już na zawsze - niech Bóg błogosławi chwile, w której dobry sen się nie kończył. Miał ochotę nad tym płakać - że jednak otworzyć te powieki przyjdzie i kurtyna rzęs znów odsłoni świat. A wampir? Czy wampiry w ogóle sypiały..?
Schował twarz, wstydliwie, pochylając głowę w dół, przyciskając ją do barku Astarotha po dotyku jego ust na swoim policzku. Pociągnął nosem. W płaczu nie było niczego eleganckiego, ludzie wcale nie byli wtedy piękni. Byli brzydcy. Słabi, o czerwonych oczach, z nosa ciekło. Tacy niedoskonali, tacy... tylko niektóre z płaczy miały znamiona werterowskiego pociągnięcia piórem. Ten nie był jednym z nich. Niepotrzebne kłamstwo ze strony Astarotha - a jednak było na nie zapotrzebowanie. Bo Laurent przestał próbować go w sobie dusić i pozwolił sobie na kolejne pociągnięcie nosem i łkanie. Przyłapani na złym, dramatycznym śnie rozegranym w rzeczywistości mieli czasami tylko to - kilka łez i jeden pocałunek. Łowca jednak nie płakał. Nie płakał nawet wtedy, nad Tamizą. Mało Laurent wiedział jeszcze o tym, że wampiry płakać nie mogły.
- Lepiej... bez niego. - Kiwnął głową, spoglądając na wampira - wyglądał dość śmiesznie, bo ewidentnie ten szlafrok się na nim za bardzo opinał i pewnie jakby mu przyszło do jakichś gwałtowniejszych ruchów to byłby z tego problem pękających szwów. Na razie ten problem (na szczęście) nie istniał. Istniały za to jego mięśnie, po których jeszcze płynęła woda. Na których Laurent opierał palca przed paroma chwilami. Po których sunął. Istniała myśl, że wzięcie go między swoje nogi byłoby dokładnie tym, czego potrzebował - nie ważne, jakby się to skończyło. Tak jak egoistycznie myślał, że nie ważne, jak dla niego mogłaby się skończyć ta noc. Chciał tylko, żeby się już skończyła.
- Migotek zrobił, co mógł dla Pana ubrań. - Skrzat się skulił, spoglądając z pokorą jednym okiem na Astarotha. - Ubrania zniszczone. Ale Pan prosił, żeby przygotować. Migotek przygotował świeże ubrania i wyczyścił stare. - Podniósł swoje nietoperzowe uszy, licząc na to, że ta odpowiedź była zadowalająca. Tak jak i poczynione starania w celu ubrania gościa jego Pana. - Migotek przygotuje. - Zniknął, a Laurent przestał na niego spoglądając, zerknął na Astarotha i obrócił się powoli w kierunku drzwi po osuszeniu się i wciągnięcia ramion w szlafrok.
- Za bohaterstwo twoje i Geraldine na pewno warto wypić. Pokonaliście złą królową. - Zmęczony głos w połączeniu z jego słabością i brakiem nuty rozbawienia, brakiem dźwięku kawału, mógł zabrzmieć sceptyczne, sarkastycznie, ale nie myślał tak o tym wcale, kiedy już otwierał te drzwi. Mówił to szczerze - nawet jeśli nie było chwilowo w jego sercu miejsca na admirację tej walki.