Kłopoty miały to do siebie, że zazwyczaj były poszukiwane aktywnie, a innym razem odszukiwały cię same - i świetnie sobie z tym radziły. Zaciskały swoje szpony i palce na gardle, na ramionach, aż brakowało ci tchu, aż nie miałeś co z tym zrobić i co zrobić z sobą samym. Raz gruchotały kostkę, innym razem próbowały zgiąć kolana. Już miały w swoim posiadaniu Basiliusa - nie było potrzeba im wiele, żeby spróbować zamienić jego życie w coś bardzo, bardzo niespokojnego... I cóż, ich to wina? Wielka wina, za którą klepiesz się po piersi. Dobrze wypiera się oczywistość z głowy, zaprzecza, że nie jesteś za coś odpowiedzialny. Więc? Jak to było z tobą, drogi kuzynie? Szukasz tych kłopotów, czy może jesteś jedynie ich ofiarą? Chcesz bardzo trzymać się spokoju, czy może jednak brniesz w te muliste ziemię, żeby odnaleźć tam coś ludzkiego, głębszego, empirycznego?
Empiryzmu nie było w tej chwili. Nie było go tu i teraz. Był za to gwałt na człowieku - mentalny i fizyczny. Popchnięty mężczyzna wpadła i na Basiliusa, przydepnął jego but, ale już swoje hamowanie miał. Ktoś z tyłu zrobił nieuważny krok, nieprzyjemnie przekroczona strefa komfortu z ludzkim ciałem było czymś, z czym Basilius się aktualnie mierzył i niekoniecznie miał wybór pozostania w tej strefie bezpiecznej i człowieka godnej. Mało wszak i godności było w "wydarzeniach" takich jak to.
- Przekleństwa i oskarżenia. - Kpina, tak i kpiący śmiech, rozbrzmiał zza pleców napastnika. - Na tyle cię stać, co, Avery? - Mężczyzna, który przed momentem krzyczał do Laurenta i Basiliusa odwrócił się do nich plecami. Furię można było zasilać na wiele sposobów, bo czy można jeszcze nazywać gniewem to, co płonęło w oczach mężczyzny, do którego zwrócono się "Avery"? Laurentowi to było w tym punkcie wszystko jedno. Mimo jego niechęci do przemocy, mimo to, jak nie znosił kłótni ludzi, jakie obrzydzenie czuł do tej nienawiści międzyrasowej - wszystko jedno. Zamiast patrzeć na mężczyzn w tym ugrupowaniu to jego wzrok z własnych dłoni przeniósł się na Basiliusa. Jakie szczęście... Jak dobrze, że Basilius tu był. Chyba sama Matka go zesłała.
- Bolą. - Podniósł te dłonie - nawet nie było za bardzo zdartej skóry, więc lekarz mógł być spokojny. - Dziękuję... - Mówił to z uczuciem wstydu, że w ogóle zawracał Basiliusowi w tym momencie głowę, a jednocześnie ciesząc się, że w ogóle jest i nie wylądował w te sytuacji samemu. Podniósł się powoli z pomocą kuzyna i zaczął otrzepywać swoje ubranie.
- Jak nie szlamą, to szlamojebcą. - Zadrwił inny mężczyzna patrząc na pełną wściekłości reakcję Averyego.
- Zero kultury na tych ulicach... gdzie są brygadziści? - Zabrzmiał głos starszej kobiety za plecami Prewettów. Kobieta dobrze po pięćdziesiątce rozglądała się po Pokątnej, jakby szukała tutaj realnej pomocy. Laurent jakoś odruchowo powtórzył jej ruch, ale żadnego brygadzisty nie było akurat widać. Szkoda - przydałby się.
- Ta dyskusja na początku miała lepszy smak. - Zapewnił Prewettów jeden z mężczyzn, który ewidentnie brał udział w tej "debacie", a teraz spoglądał na nich przepraszająco. Laurent niby zdawał sobie sprawę z tego, że ten do nich mówi, ale był za bardzo zajęty próbą doprowadzenia swojego odzienia do porządku.