Och tak, był wyjątkowy. Nicholas był bardzo wyjątkowy - motyl na krańcach jego bladych palców, który przysiadał tam czasami. Mróz i otchłań zimna, w której poszukiwał światła i wlewał w nią swoje ciepło. Przynajmniej chciał to robić. Potem wpadał gdzieś w dół i zastanawiał się, czy w ogóle powinien. Gdzie zaczynała się i gdzie kończyła jego dramatyczna misja niesienia pomocy ludziom i poszukiwania dla nich innych ścieżek, jeśli sami jej nie wybierali? Wczorajszy dzień był jednym z najgorszych dni jego życia, zastanawiał się, czy może błogosławieństwem nie będzie jakaś ciężka gałąź, która spadnie z nieba, przygniecie go i już nie pozwoli oddychać. Ale oto był tutaj i mimo tylu negatywów naprawdę odczuwał ulgę. I chciał do tego mężczyzny lgnąć i chciał dzielić się z nim ciepłem i pokazywać mu, że w nim też jest więcej tego ciepła, niż sam potrafił przed sobą przyznać. Więc gdzie jest prawda?
- Ja... - Zawahał się. Wstrzymał dech, zostały rozchylone wargi - zdanie rozpoczęte i niedopowiedziane. Jakaś nadzieja, która mogłaby się przełożyć na wylanie z siebie wszystkiego, czego potrzebował. Co powinien przecież wylać z Victorią razem z lampką wina, ale tego nie robił. Pewne sekrety były tym, co związało motylą nóżkę z paluszkiem tego anioła, na którego dłoni na moment przysiadł. Zamknął usta i odetchnął. Mógł powiedzieć, że wcale nie chciał - to byłoby kłamstwo. Mógł powiedzieć, że chciał - i potem już niczego nie dopowiedzieć. - Nie wiem, Nicholasie. Czuję się chory. - Chory, ale niekoniecznie z powodu kaca, który też był tutaj nieprzyjemnym dodatkiem wspaniałego dnia po wczorajszym weselu.
Usiadł obok Nicholasa - albo się położył. Usiadł, by od razu przechylić się na Nicholasa, oprzeć na nim, przylgnąć do niego, objąć go. Ciepło. Bezpiecznie. Nie powinien się tak czuć, a czuł się najbardziej bezpiecznie. Na tyle bezpiecznie, że wręcz poczuł cały ciężar swoich napiętych ramion przygniatający do ziemi grawitacją.
- Czy głupota? - Odwaga... może to była odwaga, skoro nie czuł strachu. Ten się pojawiał, oczywiście! Wraz z każdym spotkaniem, które mogło być bolesne, nieprzyjemne, gwałtowne. Lecz nie, to nie tak. Nawet na jego romantyzm nie mógłby powiedzieć, że był odważny w tym wszystkim. - Nikt nie będzie mi dyktował życia. - Powiedział to bardzo cicho. Zacisnął nieco palce na materiale koszuli Nicholasa. - Nie mam wyboru. - Czy tego chciał czy nie, Dante pojawił się u jego progu, zapukał w niego, już przyniósł ze sobą ból i cierpienie. Mógł przynieść go o wiele więcej. Więc Laurent mógł na to patrzeć, albo starać się wygrać. - A jak myślisz, Nicholasie? Co ja mogę z nim zrobić? - Z Dante. Raz zawiódł, mógł drugi raz pozwolić sobie na porażkę? Nie mógł. - Ach tak... Rose Noire. - Miejsce, do którego mógł trafić. Do którego mógł się wybrać sam. Miejsce, do którego... czy on byłby w ogóle w stanie przekroczyć próg tego miejsca? Obrócił się tak, żeby z dołu, z nóg Nicholasa, spojrzeć na jego przystojną twarz - bożek wykuty z marmuru. Wyciągnął dłoń do jego twarzy, musnął ją palcami, jakby chciał się przekonać, czy jest dokładnie taka sama, jaką ją zapamiętał.