-Użyłbym raczej słowa "oryginalni" niż "obłąkani". Poza tym, jak to mówią mugole, "Z kim przystajesz, takim się stajesz", a przecież przyjaźnią się z tobą, mamo. Jednego nawet wybrałaś na mojego ojca chrzestnego.
Tak więc czy to oni byli "szaleni", ponieważ przyjaźnili się z Charlotte, czy może to Charlotte zaraziła ich swoim szaleństwem, do którego przyznać się nie chciała, a teraz zrzucała winę na nich?
Samo imię "Odyseusz" zapaliło mu lampkę w głowie, że chyba coś tam o tym kojarzył. Nie pamiętał, kim dokładnie był ten Odyseusz, ale z pewnością kojarzył świra (oczywiście, głośno by nie użył tego określenia przy wuju Morpheusie), który wypłynął na morze, coś tam porobił, i tak, było coś o syrenach.
-To ta, co oddała głos, żeby dostać nogi? Miała jakąś umowę ze złą wiedźmą, dobrze kojarzę?
Tutaj akurat mógłby w pełni zgodzić się z matką, bo miłość miłością, ale jakiś rozsądek wypadałoby mieć. Przecież takie wychodzenie na nieznany ląd, kiedy wszyscy ci mówią, żeby tego nie robić, bo to niebezpieczne, zgadzanie się na jakieś umowy ze złymi wiedźmami (i do tego brzydkimi!) i oddawanie swojego głowy - to już wchodziło na nowy poziom głupoty. To tak, jakby wszyscy ci mówili, żebyś nie wchodził do ogniska, bo ogień jest gorący, ogień pali i się poparzysz, a ty i tak wchodzić, bo Ja go znam. On taki nie jest.
-Gdyby chciała go zabić, bo chyba by już nie mogła to być bajka dla dzieci, ale fakt, rozumem najwidoczniej nie grzeszyła.
Uniósł brew i mruknął cicho, wyobrażając sobie takiego człowieka-gargulca, chowającego się między wysokimi regałami. Oczywiście, nie wiedział, jak wyglądała Komnata Śmierci, ani inna Komnata z Departamentu Tajemnic, ale nie przeszkadzało mu to w imaginowaniu sobie w głowie głupot.
-Tak, jesteśmy ogromnymi szczęściarzami.