10.08.2024, 11:46 ✶
Charlie nie był tam po to, by zabawiać Millie. Gdyby nie ona, to już w ogóle by go tam nie było! Jego zwłoki byłyby obijane o skały wybrzeża z każdą kolejną falą, a rybki już dobierałyby się do resztek! Westchnął ciężko z tej przykrej świadomości, że nie jest jeszcze martwy, z tęsknoty za śmiercią i nieistnieniem, które wszystkim wyszłoby na dobre.
Klif wciąż był dość blisko. Klif wciąż był dość wysoki.
Ale dziewczyna robiła wszystko, by go zatrzymać na tym łez padole, mimo własnych nerwów. I na cóż jej to było? Po co trzymać na siłę kogoś, kto chciał umrzeć? Jeśli naprawdę jej na nim zależało, powinna pozwolić mu odejść. Nie zrobiła tego przez własne samolubne pobudki. Nie chciała rozmawiać z Brygadą, o ile w ogóle chcieliby ją przesłuchiwać? Nie miała nic do ukrycia. A może nie chciała informować Mulciberów o jego śmierci? Przecież nie do niej należało to zadanie. Mogłaby odejść i zapomnieć.
Charlie po raz kolejny przekręcił się na plecy. Słońce przyjemnie świeciło i grzało twarz. Fale z pewnością byłyby zimne, tak jak grunt, jeszcze przed chwilą pod policzkiem, do tego bardziej mokre i nieprzyjemne. Cóż, tylko przez chwilę. Zupełnie nie interesowało go to, że jest brudny od błota i trawy.
- To co mówi przyszłość? - Dopytał, nie patrząc nawet na prawą stronę rozłożonych kart. Przymknął powieki, słuchając wróżb Millie. Pozwolił jej mówić, a kiedy skończyła, prychnął cicho. - Wszystko kłamstwa. Nie będzie pogrzebu. Prędzej wymażą mnie z kronik niż zajmą sobie głowę pochówkiem i kłótniami. - Stwierdził beznamiętnie. To nie byłoby złe wyjście. Dla wszystkich przestałby istnieć. - Kto miałby się obwiniać o moją śmierć? Wujek Robert z ciotką Lorien? Wujek wzniesie szklankę whisky w toaście, w podzięce za to, że pozbył się mnie bez brudzenia sobie rąk. Ojcu będzie przykro może dwa, może trzy dni? I mu przejdzie. Ma przecież Leonarda i Scarlett, z nich może być dumny, oni przynajmniej mają rozum i godność. Ojcu będzie szkoda bardziej środków finansowych, które we mnie dotąd włożył, niż mnie. Ja zawsze byłem... - Głos załamał mu się odrobinę, gdy kompleks środkowego dziecka dał o sobie znać bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. - Ja byłem i jestem zbędny. Jestem ciężarem, problemem, nie zostanę dziedzicem, nie wniosę niczego do rodziny. Możesz powiedzieć kartom, że się mylą. Wszystkim ulży, gdy zniknę. - Podkreślił po raz kolejny, przekonany o swojej racji. - Nie napiszę listu, skoro tak. A jeśli nawet ściągnę na rodzinę pecha? Co z tego, mnie już tu nie będzie. Poradzą sobie razem. Zawsze byli razem, chociaż beze mnie.
Nie bronił się, gdy złapała go za dłoń. Nie miał pojęcia, czy to atmosfera Doliny Godryka sprawiała, że czuł się tak, jak się czuł, ale wciąż nie podejrzewał, że do jego stanu mogło przyczynić się cokolwiek magicznego. Dopiero kolejne dni miały przynieść oświecenie. I nagle znalazł się w innym miejscu, na twardym podłożu, które nie było przyjemnym w swojej krwiożerczości klifem, a zakurzoną klatką schodową, która wkrótce zmieniła się w zakurzone mieszkanie. Opadł bez sił na najbliższą kanapę, trochę błota na materiale nie zrobi różnicy. Po chwili przechylił się na bok, by wrócić do pozycji leżącej. Nie chciał już niczego, nawet siedzieć. Zamknąć oczy i umrzeć, to było marzenie.
- Nigdy nie sądziłem, że zapiję się na śmierć. - Zmienił narrację, gdy klif zniknął z pola widzenia.
Klif wciąż był dość blisko. Klif wciąż był dość wysoki.
Ale dziewczyna robiła wszystko, by go zatrzymać na tym łez padole, mimo własnych nerwów. I na cóż jej to było? Po co trzymać na siłę kogoś, kto chciał umrzeć? Jeśli naprawdę jej na nim zależało, powinna pozwolić mu odejść. Nie zrobiła tego przez własne samolubne pobudki. Nie chciała rozmawiać z Brygadą, o ile w ogóle chcieliby ją przesłuchiwać? Nie miała nic do ukrycia. A może nie chciała informować Mulciberów o jego śmierci? Przecież nie do niej należało to zadanie. Mogłaby odejść i zapomnieć.
Charlie po raz kolejny przekręcił się na plecy. Słońce przyjemnie świeciło i grzało twarz. Fale z pewnością byłyby zimne, tak jak grunt, jeszcze przed chwilą pod policzkiem, do tego bardziej mokre i nieprzyjemne. Cóż, tylko przez chwilę. Zupełnie nie interesowało go to, że jest brudny od błota i trawy.
- To co mówi przyszłość? - Dopytał, nie patrząc nawet na prawą stronę rozłożonych kart. Przymknął powieki, słuchając wróżb Millie. Pozwolił jej mówić, a kiedy skończyła, prychnął cicho. - Wszystko kłamstwa. Nie będzie pogrzebu. Prędzej wymażą mnie z kronik niż zajmą sobie głowę pochówkiem i kłótniami. - Stwierdził beznamiętnie. To nie byłoby złe wyjście. Dla wszystkich przestałby istnieć. - Kto miałby się obwiniać o moją śmierć? Wujek Robert z ciotką Lorien? Wujek wzniesie szklankę whisky w toaście, w podzięce za to, że pozbył się mnie bez brudzenia sobie rąk. Ojcu będzie przykro może dwa, może trzy dni? I mu przejdzie. Ma przecież Leonarda i Scarlett, z nich może być dumny, oni przynajmniej mają rozum i godność. Ojcu będzie szkoda bardziej środków finansowych, które we mnie dotąd włożył, niż mnie. Ja zawsze byłem... - Głos załamał mu się odrobinę, gdy kompleks środkowego dziecka dał o sobie znać bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. - Ja byłem i jestem zbędny. Jestem ciężarem, problemem, nie zostanę dziedzicem, nie wniosę niczego do rodziny. Możesz powiedzieć kartom, że się mylą. Wszystkim ulży, gdy zniknę. - Podkreślił po raz kolejny, przekonany o swojej racji. - Nie napiszę listu, skoro tak. A jeśli nawet ściągnę na rodzinę pecha? Co z tego, mnie już tu nie będzie. Poradzą sobie razem. Zawsze byli razem, chociaż beze mnie.
Nie bronił się, gdy złapała go za dłoń. Nie miał pojęcia, czy to atmosfera Doliny Godryka sprawiała, że czuł się tak, jak się czuł, ale wciąż nie podejrzewał, że do jego stanu mogło przyczynić się cokolwiek magicznego. Dopiero kolejne dni miały przynieść oświecenie. I nagle znalazł się w innym miejscu, na twardym podłożu, które nie było przyjemnym w swojej krwiożerczości klifem, a zakurzoną klatką schodową, która wkrótce zmieniła się w zakurzone mieszkanie. Opadł bez sił na najbliższą kanapę, trochę błota na materiale nie zrobi różnicy. Po chwili przechylił się na bok, by wrócić do pozycji leżącej. Nie chciał już niczego, nawet siedzieć. Zamknąć oczy i umrzeć, to było marzenie.
- Nigdy nie sądziłem, że zapiję się na śmierć. - Zmienił narrację, gdy klif zniknął z pola widzenia.