10.08.2024, 14:02 ✶
- A gdybyśmy byli trzynastym pokoleniem? Albo zetknięcie dwóch osób obłożonych klątwą w piątek trzynastego ją uaktywniło, a do tej pory nie miało to miejsca? Oczywiście, możemy też założyć, że to wszystko to przypadek, albo że tamtego dnia ktoś oboje dotknęliśmy jakiegoś przeklętego przedmiotu, albo że jakaś Francesca stała za rogiem, zobaczyła, jak wchodzę do twojego gabinetu i postanowiła nas przekląć... - recytowała Brenna, która absurdalne historie mogła wyciągać z rękawa jedną po drugiej, równie często te zasłyszane, jak i wymyślone na poczekaniu. - …albo wrócimy faktycznie do teorii, że wszystko jest przypadkiem… Sądzisz, że układ gwiazd faktycznie może tutaj o czymkolwiek decydować? - spytała. W jej głosie nie pobrzmiewał sceptycyzm, bo przecież sama to rzuciła, a raczej zaciekawienie, na ile był skłonny wierzyć w takie rzeczy i czy Basilius przeklinał wyroki gwiazd: zarówno pod względem pecha, jaki go ścigał, jak i tego, że najwyraźniej tkwił w tym wszystkim z Brenną.
Ona sama... właściwie reagowała na to jak większość rzeczy w życiu, a więc przyjęła do wiadomości i starała się nieco sprawę zbadać. Trochę wynikało to z charakteru, trochę z wychowania w Warowni, które uczyło nie dziwić się przesadnie niczego i albo przyjmować świat takim, jakim był, albo aktywnie działać na rzecz zmiany sytuacji - właściwie nigdy nic po środku. Za to czasem łącząc oba te, pozornie sprzeczne podejścia.
Dlatego nie złościła się o tę dziwną, piątkową klątwę czy trzynastkowego pecha. Przyjmowała do wiadomości, że w piątki trzynastego coś dziwnego ją spotka i że wpadnie na Basiliusa Prewetta, a wrodzona ciekawość kazała jej próbować dowiedzieć się, z czego ta prawidłowość może wynikać. I wolała chyba tkwić w tym z Basiliusem niż na przykład... o, ze Stanleyem Borginem. Lubiła Prewetta: był inteligentny, miał poczucie humoru, które bardzo starał się ukrywać pod maską rozważnego uzdrowiciela, dobrze się z nim rozmawiało, nie pluł nienawiścią ku „szlamom” i jeszcze ufała jego uzdrowicielskim umiejętnościom. Chociaż może nie powinna być tak samolubna i należało życzyć pecha raczej właśnie komuś, kogo nie lubiła, nawet jeśli miał to być wspólny pech?
Gdy nad głową Brenny zmaterializowała się chmura, kobieta odruchowo sięgnęła po różdżkę. Nim jednak zdążyła rzucić jakieś zaklęcie, spodziewając się dokładnie tego, co uzdrowiciel, czyli błyskawic, poczuła nagle szarpnięcie - nie podejrzewałaby Basiliusa aż o taką siłę. Pociągnięta w tył znalazła się z dala od chmury…
…tylko po to, by polecieć ku wózkowi eliksirów.
Zdołała nieco zmienić trajektorię lotu i zamiast wpaść wprost na niego, zawadziła tylko, zrzucając parę fiolek na ziemię. Jedna z nich rozbiła się, zalewając podłogę. Eliksir spienił się, parę fiolek prysnęło na buty Brenny, na szczęście skórzane – dzięki temu mikstura nie zdołała ich przeżreć, ale…
– Och, muszę chyba iść do obuwniczego – powiedziała, spoglądając w dół, na ślady, jakie eliksir wyżarł w jej butach. I podłodze obok. Uderzenie o ścianę sprawiło, że obiła sobie łokieć i ramię, ale przynajmniej nic jej nie poparzyło. – Przepraszam?
Ona sama... właściwie reagowała na to jak większość rzeczy w życiu, a więc przyjęła do wiadomości i starała się nieco sprawę zbadać. Trochę wynikało to z charakteru, trochę z wychowania w Warowni, które uczyło nie dziwić się przesadnie niczego i albo przyjmować świat takim, jakim był, albo aktywnie działać na rzecz zmiany sytuacji - właściwie nigdy nic po środku. Za to czasem łącząc oba te, pozornie sprzeczne podejścia.
Dlatego nie złościła się o tę dziwną, piątkową klątwę czy trzynastkowego pecha. Przyjmowała do wiadomości, że w piątki trzynastego coś dziwnego ją spotka i że wpadnie na Basiliusa Prewetta, a wrodzona ciekawość kazała jej próbować dowiedzieć się, z czego ta prawidłowość może wynikać. I wolała chyba tkwić w tym z Basiliusem niż na przykład... o, ze Stanleyem Borginem. Lubiła Prewetta: był inteligentny, miał poczucie humoru, które bardzo starał się ukrywać pod maską rozważnego uzdrowiciela, dobrze się z nim rozmawiało, nie pluł nienawiścią ku „szlamom” i jeszcze ufała jego uzdrowicielskim umiejętnościom. Chociaż może nie powinna być tak samolubna i należało życzyć pecha raczej właśnie komuś, kogo nie lubiła, nawet jeśli miał to być wspólny pech?
Gdy nad głową Brenny zmaterializowała się chmura, kobieta odruchowo sięgnęła po różdżkę. Nim jednak zdążyła rzucić jakieś zaklęcie, spodziewając się dokładnie tego, co uzdrowiciel, czyli błyskawic, poczuła nagle szarpnięcie - nie podejrzewałaby Basiliusa aż o taką siłę. Pociągnięta w tył znalazła się z dala od chmury…
…tylko po to, by polecieć ku wózkowi eliksirów.
Zdołała nieco zmienić trajektorię lotu i zamiast wpaść wprost na niego, zawadziła tylko, zrzucając parę fiolek na ziemię. Jedna z nich rozbiła się, zalewając podłogę. Eliksir spienił się, parę fiolek prysnęło na buty Brenny, na szczęście skórzane – dzięki temu mikstura nie zdołała ich przeżreć, ale…
– Och, muszę chyba iść do obuwniczego – powiedziała, spoglądając w dół, na ślady, jakie eliksir wyżarł w jej butach. I podłodze obok. Uderzenie o ścianę sprawiło, że obiła sobie łokieć i ramię, ale przynajmniej nic jej nie poparzyło. – Przepraszam?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.