10.08.2024, 15:41 ✶
Migotek to był skromny skrzat. Zresztą, jak i wszystkie skrzaty. Nie znałem skrzata, który by się wybijał z tego schematu. Tak zostały wychowane, do tego może stworzone by służyć z pokorą. Można było je docenić, coś rzucić z podziwem, ale skrzat pozostawał skrzatem. Nigdy nie zastąpi brakującego członka rodziny ani nie zostanie twoim przyjacielem. Będzie skrzatem do końca swoich dni tak, jak ja pozostanę wampirem do końca swoich dni.
- Dziękuję - odparłem po prostu, poddając się w walce o dobre relacje z Migotkiem. Dobre, czyli lepsze niż można by się było spodziewać. Głupi ja. Szukałem aprobaty wszędzie, a powinienem jej szukać w kompletnie innym miejscu - w swoim martwym sercu. Smak nieśmiertelności był paskudny.
Ale nieistotne, wciąż nieistotne. Moje spojrzenie skrzyżowało się na drobną chwilę ze spojrzeniem Laurenta. Nie wiedziałem, co walczyło o uwagę w jego głowie, ale mogłem się tego domyślać, szczególnie mogłem być blisko tych domysłów, kiedy odwrócił się do mnie plecami by otworzyć drzwi. Padły słowa... Gorzkie słowa, choć mówiły słodką prawdę. Półsłodką, bo przecież nie za wiele pomogłem w pokonaniu Adrii. Tylko ją ugryzłem. To było ugryzienie, którego właściwie prawie nie poczuła.
- Czasami się zastanawiam, czy lepiej ci z moim towarzystwem, czy raczej gorzej - odparłem w zamyśleniu, zatrzymując się w półkroku, jakby zastanawiając się, czy powinienem tu być. Nic bardziej mylnego! Wiedziałem, że nie powinienem! Powinienem w tej chwili szukać Daisy. Upewnić się jeszcze przed świtem, że nic jej nie jest, a potem zapytać o Geraldine, czy ktoś wie, w jakim jest stanie. Nie chciałem jej widzieć w obawie, że... Więc może umyślnie unikałem powrotu do domu, nie chcąc być tam potworem, którego nie chciałem widzieć, a tym bardziej czuć? A do domu rodzinnego nie chciałem wracać.
I wiadomo, że gorzej. Gorzej niż lepiej było Laurentowi ze mną. Pytanie więc, czemu to sobie robił? Z litości do mnie? Z ciekawości? Byłem seksownym obiektem badawczym? Czy to jakaś forma ukarania siebie...? Chciałem go nawet o to zapytać, ale nie byliśmy aż tak blisko... Chociaż biorąc pod uwagę wszystkie nasze spotkania, była w każdym z nich bliskość. Za każdym razem inna, za każdym razem na swój sposób potworna. Dziwne to było. Zrządzenie losu?
- Ale wiesz... Jeśli szukasz kłopotów, to ja mogę zaserwować wiele - odparłem z szerokim uśmiechem, kompletnie zmieniając narrację. Z zamyślenia i nostalgii przeszedłem w pozorną lekkość, przesadną brawurowość i zdecydowaną pewność siebie. Niecny błysk w oku z pewnością się pojawił... Może nawet błysk światła w kłach, o czym kompletnie nie pomyślałem.
Zrobiłem krok i zamknąłem za sobą drzwi. Straciłem rachubę, gdzie pozostała moja różdżka, zapewne z pełnym szacunkiem odłożona gdzieś z ubraniami przez Migotka, ale najwyraźniej nie potrzebna mi była do szczęścia. Nawet jeśli wparowałoby tu kilku Śmierciożerców żeby zatańczyć z nami danse macabre.
Naiwność świeżaka łowiectwa. Z niektórych rzeczy nawet śmierć miała mnie nie wyrosnąć, najwyraźniej niczego nie nauczyć. Podobnie jak tego, że nadmierna pewność siebie również mogła być zgubna.
Dlaczego stałem tu? Za nim? Dlaczego właśnie nosem zapach domu Laurenta, w tym zapach jego samego? Aż ślinka mogłaby pocieknąć, kiedy tak stałem dumnie wyprostowany, dumny i skory do zabawy, z dłońmi w pogotowiu żeby łapać. Ale w jakim celu łapać? I kogo? Tonącego? Czy soczystego?
- Dziękuję - odparłem po prostu, poddając się w walce o dobre relacje z Migotkiem. Dobre, czyli lepsze niż można by się było spodziewać. Głupi ja. Szukałem aprobaty wszędzie, a powinienem jej szukać w kompletnie innym miejscu - w swoim martwym sercu. Smak nieśmiertelności był paskudny.
Ale nieistotne, wciąż nieistotne. Moje spojrzenie skrzyżowało się na drobną chwilę ze spojrzeniem Laurenta. Nie wiedziałem, co walczyło o uwagę w jego głowie, ale mogłem się tego domyślać, szczególnie mogłem być blisko tych domysłów, kiedy odwrócił się do mnie plecami by otworzyć drzwi. Padły słowa... Gorzkie słowa, choć mówiły słodką prawdę. Półsłodką, bo przecież nie za wiele pomogłem w pokonaniu Adrii. Tylko ją ugryzłem. To było ugryzienie, którego właściwie prawie nie poczuła.
- Czasami się zastanawiam, czy lepiej ci z moim towarzystwem, czy raczej gorzej - odparłem w zamyśleniu, zatrzymując się w półkroku, jakby zastanawiając się, czy powinienem tu być. Nic bardziej mylnego! Wiedziałem, że nie powinienem! Powinienem w tej chwili szukać Daisy. Upewnić się jeszcze przed świtem, że nic jej nie jest, a potem zapytać o Geraldine, czy ktoś wie, w jakim jest stanie. Nie chciałem jej widzieć w obawie, że... Więc może umyślnie unikałem powrotu do domu, nie chcąc być tam potworem, którego nie chciałem widzieć, a tym bardziej czuć? A do domu rodzinnego nie chciałem wracać.
I wiadomo, że gorzej. Gorzej niż lepiej było Laurentowi ze mną. Pytanie więc, czemu to sobie robił? Z litości do mnie? Z ciekawości? Byłem seksownym obiektem badawczym? Czy to jakaś forma ukarania siebie...? Chciałem go nawet o to zapytać, ale nie byliśmy aż tak blisko... Chociaż biorąc pod uwagę wszystkie nasze spotkania, była w każdym z nich bliskość. Za każdym razem inna, za każdym razem na swój sposób potworna. Dziwne to było. Zrządzenie losu?
- Ale wiesz... Jeśli szukasz kłopotów, to ja mogę zaserwować wiele - odparłem z szerokim uśmiechem, kompletnie zmieniając narrację. Z zamyślenia i nostalgii przeszedłem w pozorną lekkość, przesadną brawurowość i zdecydowaną pewność siebie. Niecny błysk w oku z pewnością się pojawił... Może nawet błysk światła w kłach, o czym kompletnie nie pomyślałem.
Zrobiłem krok i zamknąłem za sobą drzwi. Straciłem rachubę, gdzie pozostała moja różdżka, zapewne z pełnym szacunkiem odłożona gdzieś z ubraniami przez Migotka, ale najwyraźniej nie potrzebna mi była do szczęścia. Nawet jeśli wparowałoby tu kilku Śmierciożerców żeby zatańczyć z nami danse macabre.
Naiwność świeżaka łowiectwa. Z niektórych rzeczy nawet śmierć miała mnie nie wyrosnąć, najwyraźniej niczego nie nauczyć. Podobnie jak tego, że nadmierna pewność siebie również mogła być zgubna.
Dlaczego stałem tu? Za nim? Dlaczego właśnie nosem zapach domu Laurenta, w tym zapach jego samego? Aż ślinka mogłaby pocieknąć, kiedy tak stałem dumnie wyprostowany, dumny i skory do zabawy, z dłońmi w pogotowiu żeby łapać. Ale w jakim celu łapać? I kogo? Tonącego? Czy soczystego?