10.08.2024, 15:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.08.2024, 22:06 przez Brenna Longbottom.)
– Pewnie, zdarza się na przykład, że idę przez Dolinę Godryka jakiś czas po dyżurze i znajduję na brzegu zwłoki… – powiedziała. – A tak na serio, przysięgam solennie, że nie próbuję przeprowadzić się do biura. Kawa jest tam naprawdę paskudna.
Pracowała dużo, i często robiła po godzinach coś, co potem zwiększało ilość raportów, ale przynajmniej próbowała nie wypuścić z rąk tych innych nitek: zakonnych, owszem, jednak były i te rodzinne oraz przyjaźni, a nie dopuszczenie, aby pękły, wymagały, żeby czasem Brenna jednak z tej pracy wyszła. A nawet wykorzystała dzień wolnego.
Nie pytał: i póki tego nie robił nie zamierzała odpowiadać. A jaka odpowiedź by padła, też wolała się nie zastanawiać, póki nie musiała jej udzielić. Nie chciała go okłamywać, a jednak powiedzenie „a wiesz, nielegalny ruch oporu Dumbledore’a” komuś, co do którego nie była pewna, czy zna do pewnego stopnia jego, czy tylko jakieś wyobrażenie, i kto miał takie, a nie inne towarzystwo, byłoby ryzykiem, do którego nie miała prawa. Atreus zdawał się jej ambitny niemalże chorobliwie, skłonny do drobnych oszustw, kochający ryzyko i gotów podejmować je zwłaszcza, gdy stawka była wysoka. Był człowiekiem nie cierpiącym nudy i rzadko zastanawiający się nad konsekwencjami poczynań, w pewien sposób jednak też lojalnym i na pewno nie złym. Mimo to… może mogła w tej chwili dać mu w dłonie własne życie, ale nie niemal wszystkich, których kochała.
Pewnie więc uciekłaby się do swojej zwykłej praktyki, mówienia prawdy, ale nie całej prawdy i tylko prawdy.
– To nie wyrzut – zapewniła tylko, chociaż być może odrobinę jej ulżyło, że traktował to raczej jako mało znaczący żart, o którym nie warto było pamiętać niż cokolwiek innego. – Omal nie skończyłeś we Francji z moją przyjaciółką, ale najwyraźniej ujął ją jakiś udawany piekarz – dodała, trochę żartobliwie, nie zamierzała jednak dodawać nic więcej: temat widowiska była z wielu powodów drażliwy, i nawet jeśli być może powinni kiedyś porozmawiać o nim i o Stanleyu, to nie sądziła, by to był dobry moment. Nie gdy oboje ledwo co dotknęło morze czerni, nawet jeśli ta czerń brała się z różnych źródeł. – Twoja siostra jest aż tak straszna? – zdziwiła się, kompletnie nieświadoma, że prawdopodobnie w tym momencie, w którym tamta zobaczyła Patricka, ją i wampirzycę, a potem rany tego pierwszego, została wpisana na listę „same kłopoty”. – Och, jestem pewna, że Basilius po prostu stałby nad nami i patrzył z takim… rozczarowaniem. Uzdrowiciele chyba mają specjalny przedmiot i muszą zdać egzamin z patrzenia na pacjentów.
Przyjęła pomoc i dźwignęła się na nogi, uśmiechnęła się tylko lekko.
– Może nawet, skoro światła szybko gasną, nie zobaczymy na widowni żadnego przestępcy? – zakpiła odrobinę, po czym puściła jego dłoń. – Jasne. Biedak nie miał zbyt udanego urlopu – powiedziała, a kiedy odszedł, sama jeszcze przez chwilę wpatrywała się w jezioro: choć nie mogła zobaczyć zanikających wokół niego, bardzo powoli, plam czerni.
Pracowała dużo, i często robiła po godzinach coś, co potem zwiększało ilość raportów, ale przynajmniej próbowała nie wypuścić z rąk tych innych nitek: zakonnych, owszem, jednak były i te rodzinne oraz przyjaźni, a nie dopuszczenie, aby pękły, wymagały, żeby czasem Brenna jednak z tej pracy wyszła. A nawet wykorzystała dzień wolnego.
Nie pytał: i póki tego nie robił nie zamierzała odpowiadać. A jaka odpowiedź by padła, też wolała się nie zastanawiać, póki nie musiała jej udzielić. Nie chciała go okłamywać, a jednak powiedzenie „a wiesz, nielegalny ruch oporu Dumbledore’a” komuś, co do którego nie była pewna, czy zna do pewnego stopnia jego, czy tylko jakieś wyobrażenie, i kto miał takie, a nie inne towarzystwo, byłoby ryzykiem, do którego nie miała prawa. Atreus zdawał się jej ambitny niemalże chorobliwie, skłonny do drobnych oszustw, kochający ryzyko i gotów podejmować je zwłaszcza, gdy stawka była wysoka. Był człowiekiem nie cierpiącym nudy i rzadko zastanawiający się nad konsekwencjami poczynań, w pewien sposób jednak też lojalnym i na pewno nie złym. Mimo to… może mogła w tej chwili dać mu w dłonie własne życie, ale nie niemal wszystkich, których kochała.
Pewnie więc uciekłaby się do swojej zwykłej praktyki, mówienia prawdy, ale nie całej prawdy i tylko prawdy.
– To nie wyrzut – zapewniła tylko, chociaż być może odrobinę jej ulżyło, że traktował to raczej jako mało znaczący żart, o którym nie warto było pamiętać niż cokolwiek innego. – Omal nie skończyłeś we Francji z moją przyjaciółką, ale najwyraźniej ujął ją jakiś udawany piekarz – dodała, trochę żartobliwie, nie zamierzała jednak dodawać nic więcej: temat widowiska była z wielu powodów drażliwy, i nawet jeśli być może powinni kiedyś porozmawiać o nim i o Stanleyu, to nie sądziła, by to był dobry moment. Nie gdy oboje ledwo co dotknęło morze czerni, nawet jeśli ta czerń brała się z różnych źródeł. – Twoja siostra jest aż tak straszna? – zdziwiła się, kompletnie nieświadoma, że prawdopodobnie w tym momencie, w którym tamta zobaczyła Patricka, ją i wampirzycę, a potem rany tego pierwszego, została wpisana na listę „same kłopoty”. – Och, jestem pewna, że Basilius po prostu stałby nad nami i patrzył z takim… rozczarowaniem. Uzdrowiciele chyba mają specjalny przedmiot i muszą zdać egzamin z patrzenia na pacjentów.
Przyjęła pomoc i dźwignęła się na nogi, uśmiechnęła się tylko lekko.
– Może nawet, skoro światła szybko gasną, nie zobaczymy na widowni żadnego przestępcy? – zakpiła odrobinę, po czym puściła jego dłoń. – Jasne. Biedak nie miał zbyt udanego urlopu – powiedziała, a kiedy odszedł, sama jeszcze przez chwilę wpatrywała się w jezioro: choć nie mogła zobaczyć zanikających wokół niego, bardzo powoli, plam czerni.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.