Prawdę mówiąc Laurent niewiele widział z tego, co się dzieje. A może raczej - widział, ale nie do końca rejestrował. Jego oczy widziały te ciała poruszające się w rytmie fal, ale nie widział czyje ręce zniszczyły kogo. Czyje zęby ugryzły kogo. Po tym, jak ugryzł Perseusa, widział jeszcze mniej. Nie był wcale pewien, czy to wszystkich zniszczyła Geraldine, czy może większą partię odegrał Astaroth. Zdobył się na słowa, które były szczere, ale jednocześnie brzmiały pusto w jego własnej głowie. Tak samo pusto, jak pusty i głupi był fakt, że gościł wampira w domu. Tak samo puste jak to, że chciał spać, a jednocześnie chciał spać tak głęboko, żeby się nie obudzić. Chciał, żeby Astaroth trzymał swoje kły z daleka i jednocześnie eksplorował nimi jego ciało. Wiele rzeczy sprzecznych ze sobą mogło być upragnionymi chwilami. Czasem obie były tak samo grzeszne i tak samo nie powinny mieć miejsca w świecie, w którym żyjemy.
Nie myślał nawet o tym, jak kroki stawia. Były inne niż zazwyczaj, ale dla kogoś, kogo dopiero poznajesz - czy to w ogóle było zauważalne? Nie stawiał kroków jak zazwyczaj - jakby był na wybiegu. Wyuczone ruchy, które dopracowywał latami, prostując plecy, uśmiechając się niewinnie, przeciągając po ludziach spojrzeniami jakby jego oczy mogły być kremem dla spieczonej, popękanej skóry. Teraz spojrzenie było mętne, czerwone, nijakie. Astaroth zaś w ogóle wydawał się zmęczony nie być. Jak to działało? Jak krew napędzała wampiry, czy po tak intensywnym dniu, po nocy, był zmęczony? Co się w ogóle u niego działo, jak trafił do Windermere? Okazanie ludziom zaufania było często doceniane, tym bardziej kiedy akceptacja była tak mocno poszukiwana. A ten mężczyzna jej poszukiwał. Było coś akceptującego w fakcie, że potencjalne zagrożenie zostawił za plecami, prawda? Była w tym jakaś ufność, musiała być! Ufność lub ignorancja. Ignorancja lub... przyzwolenie sobie na obojętność.
Zatrzymał się na chwilę przy komodzie, żeby sięgnąć po chustkę z szuflady i otrzeć swoje łzy, otrzeć nos. To chyba nie była żadna magia, ten pocałunek na policzkach, ale magicznie te policzki mu wyschły. Olejny zapach róż ciągnął się za Laurentem, wsiąknął w jego włosy, teraz wilgotne, skapujące krople na ręcznik na jego ramionach były oznaczone tym zapachem. Wstążka dla nosa łowcy, dla którego zawsze człowiek będzie ofiarą. Ta myśl zawsze będzie kręciła się w kącikach myśli. Zawsze będzie zapisana w mięśniach.
- Jestem narcystyczną, egoistyczną kreaturą. - Odłożył chustkę na blat stołu i podszedł do blatu kuchennego, na którym Migotek właśnie lał ostatnią szklanicę alkoholu, o którą poprosił Astaroth. Skrzat stał na blacie, dyrygując magią - idealnie schłodzone drinki, z których jeden skończył w palcach Laurenta. A zmartwione oko Migotka strzeliło w kierunku jego Pana. - Pomyślałeś, że trzymam cię jak egzotyczny gatunek psa w swoim domu? - Jednocześnie wcale tak o tym nie myślał, z drugiej strony właśnie o to siebie samego oskarżał. Wypił szklankę na raz, dobrze wiedząc, że nie powinien. Duszkiem. Zakaszlał parę razy, kiedy alkohol zapalił w gardle, skrzywił się, wzdrygnął i odstawił szklankę na stół. Nie zerknął na wampira tylko dlatego, że czuł na sobie jego wzrok. Był jeszcze cieplejszy niż alkohol. - Nie chcę być sam. Nie lubię być sam. Co za tragedia... - Złapał drugą szklankę. - W końcu ktoś, kto nie myśli o tym, żeby mnie zerżnąć, ale za to myśli o tym, żeby mnie pożreć. - To było wręcz śmieszne, ale nie było w nim siły na śmiech. Dopiero propozycja Astarotha sprawiła, że obrócił się w jego kierunku, podpierając ciężko o kuchenną wyspę. - A ty, Astaroth? Czego szukasz u selkie, odmieńcem nie należącym do świata ludzi, którą gardzisz i chciałeś zabić? Czemu ciągle przepraszasz? Czemu trzymasz mnie w ramionach w wannie? Czy to jakaś forma manipulacji, czy poszukiwanie ludzkiego ciepła? - Tego, które powoli będzie schodzić z Astarotha poza wanną.